Archiwum kategorii: Ameryka

RoseAnne Archibald, pierwsza kobieta, która staje na czele Zgromadzenia Pierwszych Narodów

RoseAnne Archibald. Photo APTN

Po raz pierwszy w historii Assembly of First Nations (AFN), czyli Zgromadzenia Pierwszych Narodów, największego stowarzyszenia ludów tubylczych Kanady, jego szefem została kobieta. Nowym wodzem krajowym  powstałego w 1982 r. stowarzyszenia jest RoseAnne Archibald z grupy Taykwa Tagamou z północnego Ontario.

Potrzebnych było aż pięć tur głosowania, chociaż ostatnia i tak nie przyniosła bezpośredniego rozstrzygnięcia. W tej sytuacji ostatni pozostały na placu boju kontrkandydat Archiblad, Reginald Bellerose, od wielu lat będący wodzem Pierwszego Narodu Muskowekwan z Saskatchewan, wycofał się z walki.

Grupa Taykwa Tagamou, dawniej znana jako New Post Nation, zamieszkuje nad rzeką Abitibi w dystrykcie Cochrane w północnym Ontario. Grupa liczy, jak podaje Wikipedia, zaledwie 440 osób, z czego 123 żyje w należących do grupy „rezerwatach” (reserves). Jest to jedna z grup Indian Kri (Cree). Archibald ma za sobą już długą karierę sprawowania kierowniczych stanowisk: m.in. w 1990 r. została wodzem własnej Taykwa Tagamou, mając zaledwie 23 lat – również wtedy bijąc rekord najmłodszego wybranego przywódcy we współczesnych czasach. Jak podają kanadyjskie media, Archibald była też pierwszą kobietą (i zarazem najmłodszą osobą) na stanowisku zastępcy wielkiego wodza Nishnawbe Aski Nation (NAN), czyli stowarzyszenia reprezentującego 49 grupy tubylczych z północnego Ontario. Sprawowała też funkcję wielkiego wodza Mushkegowuk Council, czyli stowarzyszenia liderów różnych grup Kri (Mushkegowuk Council wchodzi w skład Nishnawbe Aski Nation), również będąc najmłodszą osobą i pierwszą kobietą obejmującą to stanowisko. W 2018 r. została wybrana regionalnym wodzem w Ontario, także i tym razem będąc pierwszą kobietą obejmującą ten urząd. W czerwcu zastąpił ją Glen Hare z M’Chigeeng First Nation z Manitoulin Island.

Z Taykwa Tagamou wiąże się ciekawa historia sprzed zaledwie paru lat. W 2015 r. podpisano umowę, kończącą spór między tubylczymi wspólnotami północnego Ontario a prowincją o budowę hydroelektrowni (Lower Mattagami River project), co było największą inwestycją w tej części prowincji od 40 lat. Częścią ugody było…. napisanie książki, która by opowiedziała historię miejsca (dokładnie: tam, gdzie Moose River wpada do James Bay) i która by była wykorzystywana w szkołach jako podręcznik. Ta książka właśnie się ukazała, nosi tytuł People of the Moose River Basin”: ma 40 rozdziałów, napisanych zarówno przez indianskich, jak i nieindiańskich autorów.  W spór była zaangażowana także grupa Taykwa Tagamou i wśród autorów są jej przedstawiciele. Książka opowiada, jak się żyło w tej okolicy przed wybudowaniem zapór i jak życie zmieniło się potem.

“Zwykle ugoda kończy się tego typu klauzulami: “zostanie sprawdzona jakość wody, przeprowadzi się takie to a takie testy. Po raz pierwszy widziałam, żeby częścią środowiskowej oceny oddziaływania na środowisko było “Musicie napisać historię tego, co się wydarzyło ludziom znad tej rzeki zanim wybudowano zapory i co się z nii stało potem”, opowiada Jennifer Simard z tubylczej grupy Moose Cree, która również brała udział w negocjacjach z Ontario Power Generation (OPG), czyli prowincjonalną spółką produkującą elektryczność. Teraz tubylcze grupy z przeciwników stały się partnerami OPG, a Simard jednym z dyrektorów spółki.

W istocie, jak mówi Simard, książka zaczyna się od opowieści o tym, jak powstał świat…

„Ta książka zawiera prawdziwą historię tej okolicy, to nie jest jakiś tam podręcznik historii napisany przez kogoś z Toronto”, mówi cytowana przez „Toronto Star” Simard. „Kogoś”, czyli obcego, „z Toronto”, czyli z „bardzo daleka”.

Na razie darmowe egzemplarze książki rozdawane są członkom lokalnych społeczności tubylczych w miejscowych faktoriach czy urzędach plemiennej administracji. O sposobach nabycia książki reszta świata zostanie powiadomiona w przyszłości.

p.s. Niestety, nie wszystkie doniesienia związane z nową przewodniczącą Zgromadzenia Pierwszych Narodów są krzepiące. Okazuje się (donosi tak CBS News, 9 lipca), że od maja prowadzone jest przeciw niej wewnętrzne śledztwo w AFN, czyli instytucji, którą właśnie zaczyna kierować. Zarzuty: „nękanie i molestowanie pracowników”. Archibald uważa, że stoją za nim jej przeciwnicy w Zgromadzeniu i odmawia szczegółowych komentarzy.

PIERWSZY KRÓL RUCHOMYCH OBRAZKÓW

Ujęcie z „High Pockets” (1919), jednego z ostatnich filmów kręconych w byłym imperium Lubina w Betzwood (Betzwood Film Archive, https://mc3betzwood.wordpress.com/).

Krytycy pastwili się nad jego filmami. W historii o napadzie na pociąg i uwięzionej dziewczynie, najbardziej interesujący, zdaniem recenzenta, był koń, na którym uciekała, cała reszta była „niemożliwa i absurdalna”. O jego filmach pewien kiniarz z New Jersey mówił: „Są tak wstrętne, tak złe, że nie chcemy ich wyświetlać”. Jednak Lubin nic sobie z tego nie robił i z roku na rok produkował setki kolejnych obrazów – i pomnażał zyski, gdyż na jego filmy do jego własnych sal kinowych waliły tłumy robotników, imigrantów i „ludzi z ulicy”, spragnionych taniej rozrywki.

Cały tekst o Zygmuncie Lubszyńskim alias Siegmuncie Lubinie, urodzonym na ziemiach polskich jednym z ojców-założycieli światowego kina, producencie filmów niemych z Filadelfii, w noworocznym „Tygodniku Powszechnym”.

(Prawie) poza granice albo Amerykański mit, wersja życiowa

Bohaterka nie puszcza się, jak protoplaści amerykańskiego narodu, w wilderness, by je okiełznać, lecz po to, by uciec: od byłego męża-niedorajdy, od pacjentów i ich adwokatów, od przeszłości, gdy złymi radami decydowała o czyimś życiu (a konkretnie śmierci). I od życia w małym miasteczku na amerykańskim zadupiu.

 

Czytaj dalej

Miłość w czasach głodu i ludobójstwa

Bartosz Hlebowicz

Ameryka unurzana we krwi i pogrążona w chaosie. Dni bez końca Sebastiana Barry’ego to rozrachunek z ponurą historią Stanów Zjednoczonych i delikatna opowieść o miłości.

Czytaj dalej

Czy prawdziwych brujos już nie ma?

„Nowe Książki” (12/2018)

Meksyk w reportażach żyjącej tam Oli Synowiec jawi się jako nieustanny spektakl dziwności, wymyślonych tradycji i sponsorowanej przez państwo zdegenerowanej, skomercjalizowanej wersji ludowej duchowości.

Czytaj dalej

Z dziejów amerykańskiej pogardy

szyb nafotwy

Szyb naftowy na północ od Pawhuska – jeden z setek w okolicy.

27 maja 1921 roku w krzakach na obrzeżach miasteczka Pawhuska w Oklahomie znaleziono gnijące zwłoki mężczyzny. Tego samego dnia nad strumieniem w okolicach Fairfax, czterdzieści kilometrów na zachód od Pawhuska, natrafiono na rozkładające się, spuchnięte zwłoki kobiety. Twarzy ofiar nie sposób było zidentyfikować, bo nic z nich nie zostało. Obie ofiary zabito strzałami w głowę. Obie należały do ludu Osedżów, były spokrewnione, a zbrodni dokonano w indiańskim rezerwacie. Niecałe dwa miesiące później zmarła matka zamordowanej kobiety. Najprawdopodobniej została otruta.

Czytaj dalej

Z dziejów dumnych łupieżców

Edwin Sweeney, „Apacze”, recenzja w „Nowych Książkach” 5/2018.

Bartosz Hlebowicz Czytaj dalej

Piekło na ziemi proroków

Bartosz Hlebowicz

Zasługą di Giovanni jest sugestywny opis wojny jako nigdy nie kończącego się oczekiwania, odmierzanego wypalanymi papierosami i regularnymi nalotami helikopterów z bombami beczkowymi; a także uchwycenie momentów, w których z zabójczą prędkością normalność przeistacza się w nienormalność, sąsiedzi zamieniają się we wrogów, a pokój w wojnę.

Czytaj dalej

Swojska Ameryka

Prowadzone „na luzie” zapiski Zbigniewa Białasa, anglisty z Sosnowca, z pobytu na amerykańskiej prowincji i podróży przez połowę Stanów. Zero sztucznego zachwytu Ameryką, ale na szczęście brak też przemądrzałej krytyki.

Czytaj dalej

Dzidiana Solska. Odeszła krakowska legenda

„Była jak kakadu, rajski ptak. Zwłaszcza w stanie wojennym wyróżniała się bardzo na tle szarych ludzi”.

skrotowa

Zmarła Dzidiana Solska, modelka i wróżka z Krakowa, jeden ze znaków rozpoznawczych miasta (kto jej nie spotkał pod Sukiennicami albo w którejś z knajp, jak przepowiadała przyszłość?), niestrudzenie snująca legendy o samej sobie. Osiemnaście lat temu ugościła mnie i przez kilka dni wędrowaliśmy razem po ulicach, barach i różnych firmach Krakowa, dzięki czemu mogłem obserwować ją w akcji i napisać o niej reportaż. Poznałem też Józefa, jej nieodłącznego towarzysza i szofera. Nie wiem, co się z nim dziś dzieje.

Wyciągam ten stary tekst i z wielką przyjemnością odczytuję opowieści pani Solskiej. Wielu z nich już nie pamiętałem. Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: