Kalabria: w 10 dni do dymisji podało się 3 komisarzy do walki z epidemią

Druga fala wirusa zbiera obfite żniwa także we Włoszech. Włoskie regiony znowu dały się zaskoczyć, choć mogłoby się wydawać, że od wiosny miały czas na lepsze przygotowanie się. O niegotowości do walki z koronawirusem świadczą nie tylko braki w personelu medycznym i wyposażeniu szpitali czy zakorkowane OIOM-y.

Na to, że nie dzieje się dobrze, wskazują coraz bardziej rozpaczliwe ruchy Ministerstwa Zdrowia dotyczące nominacji komisarzy w kalabryjskiej służbie zdrowia. Właśnie do dymisji podał się kolejny z nich, trzeci w ciągu 10 dni, zaledwie dzień po otrzymaniu nominacji.

„Szkodziłem masonerii. Może mnie otruli?

Pierwszy musiał odejść Severio Cotticelli, były generał karabinierów, który 7 listopada oświadczył w programie telewizyjnym, iż nie wiedział, że to on miał przygotować plan obrony przed drugą falą epidemii.

– Powiedziano mi, że miałem to zrobić już w czerwcu. Nie wiedziałem.

Przyznał też, że nie wie, iloma miejscami na OIOM-ach dysponuje region. Premier Conte oświadczył: „Zostanie zastąpiony natychmiast. Kalabryjczycy zasługują na kogoś kompetentnego”.

Komisarz zaraz po słowach premiera podał się do dymisji. 69-letni Cotticelli ma za sobą długą karierę wojskową, dowodził karabinierami w Piemoncie, Dolinie Aosty i Lacjum, dowodził jednostkami NAS, czyli karabinierów walczących z oszustwami w służbie zdrowia i fałszowaniem żywności. Dziesięć lat temu otrzymał odznaczenie Komandora Zasług Republiki Włoskiej.

Po dymisji/rezygnacji Cotticelli wystąpił jeszcze raz w telewizji, żeby się wytłumaczyć. Powiedział, że „nie był sobą, że doskonale wie, iż ten plan walki z epidemią już był”, i że on sam go przygotował. „Próbujemy zrozumieć, z moim lekarzem, co mi się wydarzyło. Szkodziłem masonerii, być może zostałem otruty”.

Byle nie z języczkiem

Rząd na miejsce Cotticellego powołało innego specjalistę, Giuseppe Zuccatellego, menadżera w służbie zdrowia i bliskiego współpracownika obecnego ministra zdrowia Roberto Speranzy. Rolą komisarza jest m.in. mianowanie nadzwyczajnych komisarzy poszczególnych szpitali, a także nadzorowanie konkursów na wyposażenie kalabryjskich placówek sanitarnych. Zaraz po nominacji media odkryły, że Zuccatelli, zanim został komisarzem, przekonywał, że „Maseczki są w ch.ja potrzebne. Żeby się zarazić koronawirusem, trzeba całować się przez 15 minut, i to z języczkiem. Bardziej niebezpieczne są butle z gazem”.

Po ujawnieniu czegoś takiego nie było wyjścia: także Cotticelli podał się do dymisji.

Żona się nie zgodziła

Wczoraj (16 listopada) rząd nominował jego następcę, Eugenio Gaudio, pochodzącego z Kalabrii byłego rektora Uniwersytetu La Sapienza w Rzymie. Zaraz potem media ustaliły, że przeciwko Gaudio trwa dochodzenie prokuratorskie o faworyzowanie kandydatki na stanowisko docenta. Nic wielkiego, takie oskarżenia w świecie uniwersyteckim to norma, prokuratura ponoć zamierza zamknąć sprawę, ale mimo wszystko narzuca się pytanie: czy sytuacja jest naprawdę tak beznadziejna, że nie można znaleźć krystalicznego kandydata, rzutkiego menadżera, na którym nie ciążą postępowania prokuratorskie i który nie opowiada głupstw?

Dzisiaj (17 listopada) Gaudio podał się do dymisji. Powiedział, że jego żona nie zgadza się na przenosiny na Kalabrię, a dla niego „rodzina jest wartością”.

Nie chcę otworzyć kryzysu rodzinnego – oświadczył rozbrajająco były rektor, czym wywołał falę ironicznych komentarzy internautów („Wybierzcie singla”, Gaudio Lwie Serce”).

Rząd boi się postawić na autorytet

Co ciekawe, rząd nie postawił na Gino Stradę, chirurga i założyciela słynnej na całym świecie fundacji charytatywnej Emergency, zgłoszonego przez Ruch 5 Gwiazd oraz aktywistów z ruchu Sardynek. Ze Stradą przeprowadzono wstępne rozmowy i poproszono go, żeby „wspomagał” Gaudio, nie precyzując, na czym miałaby pomagać jego rola. Czy po rezygnacji Gaudio rząd zwróci ekspertowi poważną ofertę?

– Nie zrobił tego – oświadcza Strada. – Sytuacja staje się groteskowa.

Z powodu wpływów ’ndranghety – kalabryjskiej mafii – na służbę zdrowia regionu, dziesięć lat temu wprowadzono w niej zarząd komisaryczny. Giuseppe Scopelliti, pierwszy z całej serii komisarzy, wyznaczony jeszcze przez Berlusconiego, „reformę” służby zdrowia zaczął od zamknięcia 19 szpitali. Dziś regionalna służba zdrowia leży, Kalabryjczycy uprawiają masowo „turystykę zdrowotną”, by leczyć się w północnych regionach, do tego bezrobocie jest największe w kraju. 5 listopada Kalabria zakwalifikowana została do strefy czerwonej, czyli najbardziej zagrożonej wirusem – nie ze względu na liczby zakażonych (wtedy rejestrowano 200 przypadków dziennie), lecz z powodu nieprzygotowania służby zdrowotnej. O ile z pierwszej fali epidemii region wyszedł obronną ręką, teraz notuje kilkaset nowych przypadków zakażenia dziennie (wtorek: 680).

Nie jest to odpowiednia sytuacja, by wysyłać do Kalabrii kolejnych „komisarzy nadzwyczajnych”; potrzebni są zawodowcy – osoby kompetentne, poważne i uczciwe. Najwyraźniej rząd nie potrafi takich znaleźć.

30 października: ponad 31 tys. zakażeń, wyczerpują się miejsca w szpitalach

Florencja, X 2020, fot. BH

Włochy: koronawirus wciąż przyśpiesza. Lada dzień nowe ograniczenia

Dzisiaj nowy rekord zakażeń: ponad 31 tys. Wczoraj było ich niecałe 27 tys., co również było najwyższą liczbą od początku maja, a więc od pierwszej fali epidemii. Dzisiaj wprawdzie wykonano więcej testów (215 tys., podczas gdy wczoraj 201 tys.), ale o tym, że sytuacja się pogarsza świadczy stosunek liczby pozytywnych wyników wymazów do liczby testów. Dzisiaj to aż 14,4 proc., czyli co siódma osoba spośród poddających się testom. Jeszcze we czwartek stosunek ten wynosił 13,3 proc., we środę i wtorek 12,5 proc. W poniedziałek był nieco wyższy niż w następnych dniach (13,6 proc.), ale nadal niższy od piątkowego.

Szybko przybywa zajętych miejsc na zwykłych oddziałach dla pacjentów z koronawirusów, mniej więcej tysiąc dziennie, tak samo dzisiaj. W sumie już 17 tys. coraz gorzej na OIOM-ach – dzisiaj 95 kolejnych pacjentów – łącznie jest ich  ponad 1,7 tys. To oznacza, że większość regionów zbliżyła się do uważanej za jeszcze bezpieczną granicy 30 proc. miejsc dla covidowców na oddziałach terapii intensywnej, a osiem regionów już ją przekroczyło. Te regiony to Lombardia, Umbria, Marche, Toskania, Emilia-Romania, Abruzja, Kalabria i Kampania. Innymi słowy, w tych regionach pacjenci z COVIDem zajmują już łóżka na OIOM-ach przeznaczone dla osób cierpiących na inne ciężkie choroby. Umbria przekroczyła aż o 40 proc. ten 30-procentowy próg. Fatalnie jest w Kampanii, gdzie liczba pacjentów z COVIDEM na OIOM-ach przekroczyła dopuszczalny próg, a mimo to nie wykorzystywane są tam wszystkie przewidziane dla covidowców łóżka. Ma to związek z fatalną organizacją opieki medycznej w tym regionie i klapą, jaką skończyła się konstrukcja dodatkowych szpitali, które miały odciążyć region w drugiej fazie ataku epidemii. Mimo to prezydent regionu Vincenzo De Luca ma czelność obwiniać o dramatyczną sytuację rząd (mówi o „fatalnych opóźnieniach rządowych”). Od poniedziałku De Luca zarządził zamknięcie żłobków i przedszkoli (szkoły zamknął już 2 tygodnie wcześniej).

Wskaźnik Rt w Lombardii i Piemoncie przekroczył 2, czyli w tych regionach jeden „pozytywny” zaraża średnio dwie osoby. Jeden z czołowych wirologów we Włoszech, Andrea Crisanti, twierdzi, że Lombardię należało otoczyć kordonem sanitarnym co najmniej 10 dni temu. Średnia w całym kraju również jest niepokojąca, bo przekroczyła 1,7.

Najwięcej nowych zakażeń odnotowano w Lombardii – prawie 9 tys. W Kampanii i Wenecji Euganejskiej ponad 3 tys., w Toskanii i Piemoncie ponad 2,7 tys.

Silvio Brusaferro, szef  Narodowego Instytutu Zdrowia (ISS), informuje: epidemia w naszym kraju rośnie bardzo szybko, Włochy mają już 280 zakażeń na 100 tys. mieszkańców. cały kraj pogrążony jest w epidemii, nie ma regionu, w którym nie następowałby wzrost zakażeń. Potrzebne są kolejne obostrzenia”.

Mario Balzanelli, szef pogotowia ratunkowego we Włoszech (numer 118) ocenia, że „w porównaniu z pierwszą fazą epidemii liczba osób zakażonych z objawami wzrosła drastycznie”. Chodzi zarówno o pacjentów „z ostrą niewydolnością oddechową średniego stopnia, jak i z śródmiąższowym zapaleniem płuc”. „Z tego powodu w framatycznej sytuacji znajdują się oddziały terapii subintensywnej i szpitalne oddziały ratunkowe. A my jesteśmy dopiero na początku sezonu zimowego: rozpaczliwie potrzebne jest natychmiastowe wzmocnienie pierwszej linię interwencji”.

 

NIEKOŃCZĄCY SIĘ LOCKDOWN. Powrót do zapomnianego centrum Italii

Amatrice, sierpień 2020, fot. BH

Język wojenny jest tu bardziej adekwatny. Główna ulica, Corso Umberto I oraz wszystkie domy wzdłuż, a także wszystkie biegnące równolegle i w poprzek do niej, zniknęły. Corso Umberto jest dziś wyżłobionym pośród rumowisk, wylanym asfaltem lejem – jedyna z nielicznych naprawdę nowych „konstrukcji” w tym mieście-widmie.

Cztery lata temu, 30 października 2016 roku, kolejne trzęsienie ziemi szarpnęło centralnymi Włochami. Był to już trzeci cios w tamtym roku, wcześniejsze nastąpiły 24 sierpnia i 26 października, a więc zaledwie cztery dni wcześniej. Ten trzeci wstrząs, z epicentrum w Norcii, był najpotężniejszy, dopełnił dzieła zniszczenia, powodując m.in. upadek słynnej katedry św. Benedykta w centrum Norcii. Potem jeszcze przyszedł kolejny cios, w styczniu następnego roku.

Pogranicze Lacjum, Abruzji, Umbrii i Marcji. Ciężko bijące serce Włoch, o których rzadko piszą gazety, chyba że przy okazji kolejnych trzęsień ziemi. Seria sprzed czterech lat złamała kręgosłup Włoch, rujnując wiele osiedli w środkowych Apeninach. W całym regionie zniszczonych zostało ponad 80 tys. domów. Do dziś zrekonstruowano zaledwie 5,3 tys. Z półtora tys. budynków publicznych odbudowano zaledwie 86. Tysiące ludzi do dziś żyje w tymczasowych osiedlach w dolinach gór. Zginęło 300 osób.

Ci, co przeżyli, nie liczą na wiele. Niektórzy próbują urządzać się w tymczasowych osiedlach w dolinach. Nie wiedzą, czy kiedykolwiek odzyskają swoje domy. Inni po prostu trwają w pustoszejących wioskach.

Byliśmy tu w sierpniu tego roku. Lasy znowu pokrywają uprawne do niedawna zbocza, gąszcz zarasta leśne ścieżki, stalowe i drewniane konstrukcje podpierają opuszczone domy w wioskach, centra miast zamieniły się w gruzowiska.

MIASTO WŁOCHÓW, KTÓREGO NIE MA

Pierwsze trzęsienie miało miejsce w nocy 24 sierpnia. Pod jego ciosami padły m.in. Accumoli i Amatrice. Kolejne wstrząsy – dwukrotnie pod koniec października. Jakby tego było mało, ziemia rozszalała się jeszcze raz 18 stycznia 2017 r. W Amatrice, już w poprzednich razach zamienionym w kupę ruin, runęła dzwonnica – ostatnia budowla, która jako tako stawiała opór oszalałej ziemi.

Przejeżdżamy przez Amatrice. Pisząc to zdanie, już popełniam nieprawdę. Bo Amatrice nie ma. Żeby o nim mówić w czasie teraźniejszym, potrzeba literackiego uniesienia i niczym nieumotywowanego optymizmu. Po seriach ciosów sprzed czterech lat miasteczko już się nie podniosło. Bo trudno o okrąglaku z drewna i betonu, robiącym dziś za galerię handlową, naprędce wzniesionym na wzgórzu za miastem (tzn. za byłym miastem, bo dzisiaj tu właśnie jest „miasto”) mówić jako o znaku powrotu do życia. Przychodzi mi do głowy zgrabny zwrot „popękane miasto”, ale nie jest on trafny. Popękane jest Santa Croce czy kilka innych wokół Amatrice. Samo Amatrice to miasto zrujnowane, przypominające powojenne zgliszcza. Większość ofiar trzęsienia z 2016 r. zginęła właśnie w Amatrice.

Tak, język wojenny jest tu bardziej adekwatny. Główna ulica, Corso Umberto I oraz wszystkie domy wzdłuż, a także wszystkie biegnące równolegle i w poprzek do niej, zniknęły. Nie można zresztą tędy przechodzić. U południowego wylotu tudzież wjazdu do nieistniejącego miasta, mniej więcej tam, gdzie kiedyś stał kościół św. Augustyna, stoją karabinierzy nieprzepuszczający przechodniów. Poniżej, od wjazdu od strony północnej, funkcjonariusze nie są potrzebni: po prostu nie da się tamtędy przejść. Corso Umberto jest dziś wyżłobionym pośród rumowisk, wylanym asfaltem lejem – jedyna z nielicznych naprawdę nowych „konstrukcji” w tym mieście-widmie. Inną jest okazała siedziba firmy, która kieruje „odbudową” miasta. Cała reszta, jak np. szkoła podstawowa, odbudowywane są w nowych miejscach, daleko od miasta. W tym roku szkoła w Amatrice nie zaczęła pracy 14 września, jak inne szkoły w Lacjum. Powodem jednak nie było trzęsienie, lecz brak nauczycieli.

Lejem można tylko przejechać, co też robimy. Wcześniej, na górze, widać jeszcze kilka popękanych domów, dom spokojnej starości im. o. Giovanniego Minozziego, za nim otoczony stalową siatką kościół, podparty od strony fasady wielkimi żelaznymi prętami, z wyłupionymi fragmentami ścian. Wszystkie budynki z kilkumetrowymi wyrwami w ścianach, podtrzymywane drewnianymi konstrukcjami i opasane elastycznymi taśmami, chroniącymi od samorzutnego zawalenia się.

Niewielki park edukacyjny na obrzeżach byłego miasta, na samym szczycie, kiedyś przedstawiający turystom makietę Parku Narodowego Gran Sasso i okalających Amatrice gór – Monti della Laga oraz niewielkie rzeźby występujących tu zwierząt, dziś służy jako składowisko materiałów budowlanych. „Amatrice – miasto Włochów”, głosi napis na tablicy z wymalowaną pod spodem trójkolorową włoską wstęgą. Informacja dumnie zapowiadająca wjazd do miasta, którego nie ma, a którego niegdysiejsi mieszkańcy (tzn. ci, co przeżyli trzęsienie ziemi) dziś żyją w koloniach porozrzucanych po okolicy baraków, przypominających ten wzniesiony przy drodze, tuż za tablicą. Dumę zachowały jedynie niewzruszone szczyty Monti della Laga w tle, unoszące się nad parczkiem edukacyjnym i tablicą wjazdową.

„NIE RÓBCIE SELFIE Z RUINAMI”

Inny napis, tuż przed posterunkiem karabinierów, poza którym można poruszać się tylko samochodem, zabrania robienia selfie: „NO SELFIE – LUOGO DI RISPETTO!” – „miejsce, któremu należy się szacunek”. Napis, oraz dodany do niego czerwony wykrzyknik świadczą, że do takich incydentów dochodzi. Nie próbuję dociekać, co siedzi w duszy człowieka, który chciałby się upamiętnić w takim miejscu.

Sam jednak robię zdjęcia, na tyle, na ile się da dyskretnie. Oczywiście nie autoportrety. Aparat to mój notatnik, pomaga mi zapamiętywać. Fotografuję to, co kiedyś było kościołem św. Augustyna, a dziś przypomina jeżozwierza-monstrum – z powodu stalowych rur rusztowań sterczących z każdej strony ruiny. Albo na zakręcie, już u południowego wylotu miasta, kawał ściany – cztery lata temu było tu kino, teść, który spędził w tej okolicy dzieciństwo pamięta je jeszcze sprzed pół wieku. Po drugiej stronie ulicy – miejsce po klasztorze franciszkanów… Jeszcze niżej, na zakręcie, zrujnowany szpital, opasany pomarańczową siatką, czekający na rozbiórkę.

– Niemcy zapowiedzieli, że sfinansują budowę nowego – informuje teściowa – ale trwa spór, czy budować go tu, gdzie był, czy w nowym miejscu. Na razie więc nie ma szpitala w ogóle. Najbliższy znajduje się w Rieti, ponad godzinę jazdy stąd.

Cała reszta to jednolita pustynia gruzu, nie ma szans, żeby oko zahaczyło o szczegół pozwalający rozpoznać miejsce po konkretnym sklepie czy ulicy.

Tym razem nie zajeżdżamy do Sommati, frazione, czyli jednego z „okręgów” Amatrice. Tutaj regularnie teściowie przywozili nas, tzn. mnie i żonę, na amatricianę, czyli spaghetti z drobnymi kawałeczkami wieprzowego podgardla i sosem pomidorowym (z kolei z okolic Accumoli wywodzi się jego wcześniejsza, bezpomidorowa wersja griscia). Ich ulubioną tutejszą restaurację zniszczyło trzęsienie ziemi, ale właściciele wybudowali nową obok. Byliśmy tam jesienią zeszłego roku, smakowało jak zawsze. L’amatriciana przetrwała.

KAFEJKI WŚRÓD GRUZÓW I POŻAR W TLE

Koniec sierpnia. L’Aquila, stolica Umbrii. Bazylika Santa Maria di Collemaggio. Przepiękna, wzniosła, przestronna i wypełniony światłem jak większość kościołów z Południa, odbudowana kamień po kamieniu po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło miasto w 2009 roku. Leżąca poza centrum miasta bazylika jest wyjątkiem: w centrum większość budynków opleciona rusztowaniami, inne w gruzach. Jak po bombardowaniu. Tutaj terremoto miało miejsce 11 lat temu. Ale otwartych kilka kafejek, lodziarni, kręcą się turyści.

Podobnie jak wokół hiszpańskiej twierdzy z XVI w., mimo że pozostaje zamknięta od 2009 r. Od północnej strony widać samoloty zrzucające wodę nad płonącymi lasami miasta – pożar, celowo zaprószony, szaleje wokół miasta od 10 dni.

Niedaleko głównego placu, na uliczce między zrujnowanymi kościołami św. Marka i św. Augustyna, diler sprzedaje młodej parze narkotyki.

L’Aquilia, sierpień 2020, fot. BH

MOŻNA BYŁO BRAĆ, CO SIĘ TYLKO CHCIAŁO

Próbujemy zobaczyć średniowieczne opactwo San Clemente w Casauria. Zamknięte. Pan wyjeżdżający z motelu na przeciwko wyjaśnia, że tak jest od czasu lockdownu. Nie zapewniono wymogów bezpiecznego otwarcia. Ludzie protestują, bez skutku.

San Benedetto in Perilis, fot. BH

W południe docieramy do San Benedetto in Perilis, oprowadza nas rezolutny 10-letni Dżamal, którego spotykamy w miasteczku. Nie mieszka tu, lecz w L’Aqulia, tu przyjeżdża z rodziną na wakacje. Dżamal ma złamaną rękę – upadł biorąc zbyt szybko szczególnie niebezpieczny zakręt. Prowadzi nas do kolejnych kościołów – zamkniętych, odrestaurowywanych lub nie. Chcieliśmy zobaczyć przede wszystkim klasztor św. Benedykta. „To wielki kościół, w którym jest mnóstwo rzeczy”, opowiada nasz mały cicerone. Klasztor niestety też okazuje się zamknięty. Pracuje dźwig. Klasztor ucierpiał podczas tego samego trzęsienia ziemi co L’Aquila, ale z powodów biurokratycznych roboty ruszyły dopiero w tym roku, mimo że pieniądze na odbudowę i wzmocnienie świątyni znalazły się już w 2010 r.

W to senne popołudnie Dżamal towarzyszy nam cały czas, na uliczkach nie widać nikogo innego. Opowiada, że jest przywódcą całej bandy chłopaków i nie stracił swej funkcji mimo złamania ręki. A po trzęsieniu ziemi runęły ściany sklepu z zabawkami. „Można było wchodzić i brać, co się tylko chciało”.

MUSSOLINI ZA KONTUAREM

Campo Imperatore, fot. BH

Campo Imperatore, najpopularniejsza część parku Gran Sasso, czyli Wielkiego Kamienia. Co tu dużo gadać: wspaniałe, mimo że wspinamy się na szczyt, a potem schodzimy w towarzystwie paru setek innych turystów. W barze na samym dole zgrzyt: bez żenady wystawione na sprzedaż kalendarze z Mussolinim. Robię barmanowi i kalendarzowi zdjęcie. Skoro się nie wstydzi…

Skąd tutaj pogrobowcy małego Hitlera? To w Campo Imperatore uwięziono go po tym, jak Włochy zawarły rozejm z aliantami, i stąd wydostali go hitlerowcy, by postawić na czele marionetkowej Republiki Salo. Hotel, w którym więziono Mussoliniego, to wielki, brzydki i odrapany budynek – pierwszy, który widzą turyści po wjeździe kolejką na Campo Imperatore.

Wyjeżdżamy – i znowu widok zapierający dech w piersiach. Przed naszymi oczami roztacza się nagle preria. Podobne brązowe morze falujących pagórków widziałem kilkanaście lat temu w Dakocie Południowej. Nie przypadkiem pod Campo Imperatore kręcono tu sceny do Lo chiamavano Trinità – Nazywają mnie Trinity, popularnego włoskiego spaghetti-westernu, a raczej komediowej jego parodii.

Preria w okolicach Campo Imperatore, fot. BH (sierpień 2020)

Na zakończenie dnia wizyta w Bominaco, 30 km na południe od L’Aquila. Dwa stojące obok siebie, przepiękne kościoły benedyktyńskie. Z powodu koronawirusa na teren dawnego opactwa wchodzi się w 15-osobowych grupach. W rzeczywistości pani przewodnik wpuszcza 10 osób więcej. Cudowne freski w XIII-wiecznym oratorium San Pellegrino. Na przykład olbrzyma – św. Krzysztofa z małym Jezusem na ramieniu, a pod nim innego, przedstawiającego pustelnika okrytego wyłącznie własną brodą. Przewodniczka podkreśla, że ostatnie trzęsienie ziemi ominęło Bominaco. Najgorsze było to z 1703 r., którego zniszczyło część opactwa, odbudowaną potem w stylu barokowym.

Bominaco, sierpień 2020, fot. BH

CENTRALNY ZAKĄTEK ITALII

15 sierpnia, Ferragosto – Wakacje cesarza Augusta, czyli starożytne święto plonów. Nikt we Włoszech nie nazywa tego dnia Wniebowzięciem NMP. Podczas „wakacji Augusta” Włosi nie mogą sobie odmówić pikników na wolnym powietrzu, fajerwerków i generalnie łapczywego gromadzenia się na plażach i w pubach. Okrążamy Campotosto, jedno z najwyżej położonych sztucznych jezior w Europie. Nie da się zaparkować, bo całe wielkie jezioro obsiali Włosi grillujący na potędze przy drodze, którzy swymi kamperami zastawali zejścia nad brzeg.

Miasteczko Campotosto zdewastowane trzęsieniem ziemi, tym samym, które zmiotło z powierzchni ziemi Amatrice i Accumoli 24 sierpnia 2016 r. Gazety podają, że Campotosto zostało zniszczone w 70 proc. Nie zauważam pozostałych trzydziestu.

Campotosto, sierpień 2020, fot. BH

Dojeżdżamy do Santa Croce, półtorej godziny jazdy na wschód od Rzymu, 20 km. od Amatrice. Santa Croce jest w Lacjum, na granicy z Abruzją. Blisko stąd też do Umbrii i Marchii. Sam środek Włoch. Epicentrum naszej wyprawy. Mieszka tu 20-30 osób, a zimą jeszcze mniej, może cztery rodziny.

Trzydzieści domów, większość pusta. Niektóre zapełniają się latem, kiedy rodziny, które dawno temu wyemigrowały do Rieti czy Rzymu, wracają tu na wakacje. Tak jak rodzina mojego teścia. On sam spędził tu z matką dzieciństwo w czasie wojny, ale urodził się już w Rzymie, gdzie matka znalazła pracę jako pomoc domowa i ożeniła się z kurierem dyplomatycznym.

Dwupiętrowy dom teściów, dziś szary, a przed wojną koloru cegły, ustrzegł się poważnych zniszczeń. Tu i ówdzie opadł tynk, kominek na parterze nieco się ugiął, ale można tu spać. Za to dwa sąsiednie domy stoją puste, czekają na renowację. W domu na przeciwko mieszka stary mężczyzn, un orso – niedźwiedź, jak o nim mówią, bo rzekomo nigdy nie wychodzi z domu. Byłem tu kilkanaście razy w ciągu ostatnich dwóch dekad, nigdy go nie widziałem. Nieco dalej wysoki dom podparty drewnianą konstrukcją, inaczej by się zawalił.

Santa Croce, sierpień 2020, fot. BH

UNIJNY KOŚCIÓŁEK i MADONNA-BAKUNA

Dom teściów leży przy starej via Salaria, dziś wewnętrznej drodze wioski. Nową Salarię zbudowano ciut wyżej, przebiega z drugiej strony domu i… też już jest stara: zamieniła się w lokalną ulicę łączące okoliczne miasteczka. Nowa Salaria, czyli Salaria numer 3, to droga szybkiego ruchu pędząca równolegle do nich obu, za miasteczkiem, widać ją z okien domu teściów. „Droga soli”, tak samo jak w czasach rzymskich, przecina Italię i Apeniny w poprzek, łącząc Rzym z Adriatykiem. Powstała w latach pięćdziesiątych, ale w niektórych miejscach, np. nieodległym średniowiecznym Antrodoco, prace wciąż trwają. Może gdy roboty dobiegną końca, powstawać już będzie via Salaria numer cztery?

Najbardziej w Santa Croce wzrusza mnie flaga Unii Europejskiej wywieszona razem z włoską przed wioskowym kościółkiem, oczywiście przy via Salaria, tej najstarszej. Do samego kościoła nie można wejść od czterech lat, od ostatniego trzęsienia ziemi. Strażacy uznali to za niebezpieczne. Zresztą w środku, jak mówią ci, co widzieli, wszystko zamieniło się w gruz. Ale życie przykościelne trwa: dzieciaki przyjeżdżające tu na lato z Rzymu czy Rieti codziennie grają w piłkę na trawniku przed zamkniętym wejściem.

Na przystanku w Santa Croce, na którym od dawna nie zatrzymuje się żaden autobus, odcyfrowuję strzępy ogłoszenia o święcie Matki Boskiej Śnieżnej w Bacugno. Co roku, 5 sierpnia, organizuje je lokalne stowarzyszenie kulturalne o nazwie „Byk Składający Pokłon”. Bacugno leży o rzut kamieniem od Santa Croce. Ogłoszenie musi być z zeszłego roku, bo w tym, z racji pandemii, tego typu imprezy są odwołane.

Skąd ta dziwna nazwa? Chodzi o „pokłon wołu” przed posągiem Maryi –  we współczesnej interpretacji będący prośbą do Madonny o zesłaniu deszczu dla spragnionych ludzi, zwierząt hodowlanych i ziemi. Rytuał, wywodzący się najpewniej od starożytnych Sabinów, polega na oraniu długiej bruzdy za pomocą pługa ciągnionego przez woły z wybranego odległego miejsca do kościoła w Bacugno. Każdy chłop orał fragment własnego pola, po czym przekazywał zwierzęta i pług sąsiadowi, który robił to samo. Publiczność towarzyszyła procesji, oceniając, kto orze najrówniej. Była to też rywalizacja i zarazem współpraca pomiędzy sąsiadującymi frazioni. Z czasem woła zastąpiono bykiem. Po dotarciu do kościoła, wół czy byk zmuszane są do przyklęknięcia przed posągiem św. Maryi.

Podobny zwyczaj przetrwał w różnych miejscach Włoch. Jedna z opowieści kalabryjskich, sięgająca XII w., mówi o pasterzu, który odnalazł zagubionego woła w pozycji klęczącej przed krzyżem wzniesionym własnymi kopytami. Chłop miał też usłyszeć wydobywający się ze zwierzęcia głos Madonny, która żądała, aby w tym miejscu wybudować kościół na jej cześć.

Jeśli chodzi o Bacugno, pisarz i wędrowiec Paolo Rumiz przypomina, że w starożytnych czasach woła prowadzano do świątyni Bakuny, bogini płodności, a potem do snopka siana postawionego w miejscu świątyni. Później dopiero Kościół katolicki zastąpił Bakunę Maryją.

– Kiedy ostatni raz uczestniczyłeś w tym święcie? – pytam

– O, jeszcze całkiem niedawno – teść potrzeuje parunastu sekund, żeby się zastanowić, a potem bez wahania oznajmia: – W 1959 r.

BÓR ZREWOLTOWANY

Parę dni wcześniej, na jednej z abruzyjskich dróg, bliżej Adriatyku, widziałem napis: „NO TRIV – NO OMBRINA”. Ombrina, czyli umbryna to popularna w Morzu Śródziemnym ryba, ale też nazwa projektu wiercenia dna Adriatyku w poszukiwaniu ropy. „NO TRIV” to ruch sprzeciwu wobec wierceń (trivella).

Selva Rotonda, sierpień 2020, fot. BH

Jedziemy kilkanaście kilometrów na północ od Santa Croce i wspinamy się na góry wokół Selva Rotonda. Pogoda wspaniała, widać nie tylko góry Monti della Laga i Góry Sybillińskie, ale nawet odległe Gran Sasso – Wielki Kamień, który podziwialiśmy z bliska kilka dni temu.

Zbocza okolicznych gór porośnięte gęstym lasem.

– Jeszcze 20 lat temu te zbocza były nagie, sięgały tu nawet pola uprawne – mówi teść.

Kontratak natury? Nawet ścieżki do lasu wokół Santa Croce znów zarasta gąszcz. Kilka, kilkanaście lat temu po niektórych można było wygodnie wędrować. Góry pozbywają się śladów człowieka, podobnie jak gniewna ziemia strząsa z siebie całe miasteczka. Zemsta za ludzkie interwencje? Pewnie nie, ale przynajmniej z tymi wierceniami na dnie Adriatyku dałbym sobie spokój.

DOM W BARAKU

Obserwuję syna i nowych kumpli kopiących piłkę przed nieczynnym kościółkiem. Przechodzi Marisa. Marisa wygląda, jakby miała ze sto lat, jej pożłobiona tysiącem linii twarz przypomina korę drzewa. Ma dwóch synów, jeden mieszka w Rieti, drugi w sąsiedniej wiosce, gdzie się ożenił. Maria opowiada, że kiedyś był tu sklep, oberża, biblioteka, a nawet poczta. Dziś nie ma nic, mimo że w Santa Croce naliczyłem aż pięć domów, nad którymi wciąż unosi się napis „osteria”. Jedna z nich, pamiętam, była otwarta jeszcze kilkanaście lat temu, przynajmniej latem.

Marisa od 30 lat mieszka w tymczasowym baraku, który postawiono jej w ogródku przed domem po kolejnym trzęsieniu ziemi. Jej prawdziwy dom dawno temu już wzmocniono i, jak zapewniają eksperci, jest bezpieczny. Marisa jednak boi się i już nigdy nie wyprowadziła się z baraku.

– Tutaj umrę – mówi, uśmiecha się i idzie dalej.

A z ogródka regularnie dostarcza moim teściom plony, z których najwspanialsze są kwiaty cukinii. Usmażone, smakują pysznie z makaronem.

Od innych mieszkańców wiem, że Marisa odprawia „magiczne rytuały” i potrafi rzucać uroki.

LOCKDOWN OD CZTERECH LAT

Przed powrotem do domu chcę jeszcze zobaczyć to, co zostało z Accumoli, wciąż w Lacjum. To jedno z moich ulubionych miejsc w tym regionie, byłem w nim dwa czy trzy razy przed trzesięniem ziemi. Piękne kamienne miasteczko 24 sierpnia 2016 r. okazało się być epicentrum trzesięnia ziemi, które nastąpiło zaledwie 8 km pod ziemią. Próbujemy dwóch dróg, obydwie zamknięte. Rezygnujemy.

Okolica Grisciano di Accumoli, fot. BH (sierpień 2020)

Cofamy się, na szosie w okolicach Grisciano di Accumoli widzimy wielki odręczny napis umieszczony obok przystanku: „NASZ LOCKDOWN TRWA 4 LATA. 24.08.2016 – 25.08.2020”. Oglądam jedno z tymczasowych osiedli dla terremotati – ofiar trzęsień z 2016 i 2017 r.: szereg jednakowych domków, jednopiętrowe „centrum handlowe” z restauracją, oddziałem banku, kioskiem, a nawet miniaturowym placem zabaw. Półtorej ulicy.

Tymczasowe osiedle w okolicy Grisciano di Accumoli, fot. BH.

Mijamy kolejne zdewastowane miasta, m.in. Cittareale i, już w Umbrii, Norcia, czyli po polsku Nursja. Wcześniej zajeżdżamy do Agriano, frazione Nursji, gdzie spędza lato nasza znajoma, Lavinia. Jej wielki rodzinny dom w jest połowie zniszczony trzęsieniem ziemi.

– Wszyscy przenieśliśmy się do „czynnej” połowy – opowiada Lavinia. – Właśnie składamy już trzeci projekt odbudowy zniszczonej części. Poprzednie zostały odrzucone.

– Nic się tu nie robi. Spójrzcie na kościół św. Benedykta w Nursji – pomstuje brat Lavinii, który też zjechał tu na wakacje. Teraz rodzeństwo mieszka w Mediolanie.

– Robią, robią – mówi ich matka.

– Co? Chyba liczą kamienie.

Do Norcii, w przeciwieństwie do Amatrice i Accumoli, można wejść. Część sklepików z pamiątkami oraz słynną tutejszą kiełbasą znowu otwarta. W samym centrum na jednym z balkonów wywieszony transparent z napisem wielkimi czerwonymi literami: „ODBLOKUJCIE ODBUDOWĘ. ZAPOMNIANO O NAS”. Pod spodem, na drzwiach do zamkniętego butiku, ręcznie napisano: „Przenieśliśmy się na ul. Dworcową. 100 m.”, pod spodem strzałka pokazująca w którą stronę, oraz „tuż za murami centrum”, podany numer telefonu oraz dopisek w nawiasie: „(drewniane domki)”. Wiele podobnych ogłoszeń. W istocie tuż za murem otaczającym zdewastowane centrum, w lesie po drugiej stronie ulicy utworzono alejkę tymczasowych sklepików, przeniesionych z centrum miasta.

Wysoki płot otacza kościół św. Benedykta, urodzonego tu patrona Europy, który nie okazał się jednak dobrym opiekunem samej Nursji. Kościoła w istocie nie ma: podpierana rusztowaniami trzyma się pionowo tylko fasada. Pełno turystów strzelających zdjęcia. Nie chcemy tu dłużej być.

Ruiny katedry Św. Benedykta w Norcii, sierpień 2020, fot. BH

Hańba państwa polskiego. Rząd grozi i wzywa do przemocy, Watykan milczy

WŁOSKIE MEDIA O POLSCE

Polska, X 2020

Włoscy dziennikarze nie mają wątpliwości, że rząd PiS i Kościół katolicki wydały wojnę Polkom i polskim rodzinom.

Włoskie media różnych linii drobiazgowo relacjonują wydarzenia nad Wisłą i są w ich ocenie jednomyślne. Ich zdaniem antycovidowe obostrzenia utrudnią protesty, ale nie zanosi się na to, żeby mogły je powstrzymać.

„La Stampa”, „Il Giornale”: To nie tylko bunt kobiet

W dzisiejszej relacji Monica Perosino z dziennika „La Stampa” zauważa, że decyzja Trybunału Konstytucyjnego w sprawie niemal całkowitego zakazu aborcji poruszyła nie tylko Warszawę, ale też – co jest nowością – małe miasteczka, tradycyjnie najbardziej konserwatywne obszary kraju, bastion PiS.

Nawet radykalnie prawicowy dziennik „Il Giornale” zauważa, że w organizowanych przez Ogólnopolski Strajk Kobiet manifestacjach u boku kobiet tłumnie biorą udział także „mężczyźni, pracownicy sektorów prywatnych i państwowych, uniwersytetów i inni. Wszyscy chcą, żeby usłyszano ich głośny sprzeciw wobec wyroku Trybunału”.

„La Stampa” pisze o „powszechnym gniewie z powodu decyzji Trybunału skierowanym przeciwko Kościołowi katolickiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu”. Gazeta cytuje przywódczynię Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Martę Lempart, mówiącą, że kobiety walczą o wolność, a prawo do aborcji stało się symbolem wszystkich swobód.  

Perosino pisze, że manifestacje łamią surowe obostrzenia antykoronawirusowe, ale są przede wszystkim wyzwaniem rzuconym Jarosławowi Kaczyńskiemu, „najpotężniejszemu politykowi w kraju”, który wcześniej wezwał „prawdziwych Polaków” do obrony kościołów i wartości chrześcijańskich przed „barbarzyństwem kobiet”. Na nic zdała się też, zauważa autorka, wystosowana przez premiera groźba wysłania wojska przeciw manifestantom, którzy przyszli pod siedzibę Ordo Iuris. O stowarzyszeniu autorka z „La Stampy” pisze, że jest ono think tankiem naciskającym na totalny zakaz aborcji, które zinfiltrowało struktury rządowe.

Córka prezydenta Kinga Duda oświadczyła, iż nie może zaakceptować wyroku Trybunału. Mimo iż dwie trzecie Polaków jest przeciwnych decyzji TK – przypomina Perosino – już przynosi ona dramatyczne efekty w postaci odwoływania zabiegów usunięcia ciąży przez szpitale.

„La Stampa”, „Il Giornale”, „La Repubblica”: Kaczyński nawołuje do przemocy

Ta sama autorka, w relacji ze środy, opisała reakcję Kaczyńskiego otoczonego kordonem straży marszałkowskiej chroniącej go przed posłankami lewicy: „Wydawał się zagubiony. Być może to był ten moment, kiedy zrozumiał, że protesty wymykają mu się spod kontroli. Jak zwierzę, które się czuje zagrożone, Kaczyński zareagował z furią, nawołując do wyjścia na ulice, by chronić kościoły przed atakami kobiet, i mówiąc, że każda forma przemocy wobec tych protestów jest usprawiedliwiona”.

Prawicowe „Il Giornale” dostrzega, że słowa Kaczyńskiego, odpowiedzialnego w rządzie za policję i wojsko, mogły zostać odebrane jako podżeganie do przemocy.

Wezwanie Kaczyńskiego do używania przemocy wobec „manifestujących kryminalistów” odnotowała też liberalna „La Repubblica”, ale, jak ocenia jej korespondent Andrea Tarquini, „nie odniosło ono skutku”. Jednak – mimo iż manifestacje są pokojowe – premier Mateusz Morawiecki nie przestaje grozić użyciem wojska, dodaje autor, który kończy relację wyborem haseł z manifestacji: „Boli mnie macica, gdy na was patrzę”, „Hipokryci, fanatycy, Polska do was nie należy”, „Polska nie stanie się wizją szaleńca”.

„Domani”: Nacisk Ordo Iuris i krucjata ultrakatolickiej prawicy

Regularnie o sytuacji w Polsce pisze liberalne „Domani”. Odnotowało m.in., że Morawiecki porównał symbol protestujących do symbolu esesmanów.

W obszernym tekście Francesca De Benedetti opisuje trwającą od lat krucjatę ultrakatolickiej prawicy, Kościoła i organizacji pro-life przeciw prawu kobiet do aborcji. Autorka szczegółowo opowiada historię walki o prawa kobiet, począwszy od „czarnego poniedziałku”, słynnego protestu z 3 października 2016 r., nacisków arcybiskupa Stanisława Gądeckiego i Kościoła, kiedy rząd wycofał się wtedy z próby zaostrzenia i tak restrykcyjnego prawa o aborcji.

De Benedetti przypomina także o naciskach prawicowej ekstremy, czyli  Konfederacji i Ordo Iuris – stowarzyszenia należącego do sieci organizacji „broniących rodziny”, finansowanej przez ludzi Putina, którego „sugestiami” kieruje się, jak sam przyznaje, Kaczyński. Autorka opisuje również, jak PiS, przy walnym udziale prezydenta Dudy, przejął Trybunał Konstytucyjny, obsadzając go politykami i posłusznymi sędziami, czyniąc zeń „teatr marionetek” służący do zaklepywania linii partyjnej.

„Domani” donosi o agresji policji wobec manifestantek. Antycovidowe restrykcje utrudniają walkę kobiet, zauważa autorka. Z powodu obostrzeń (trudności z przemieszczaniem się, kwarantanna) coraz trudniej będzie też dokonywać aborcji tym Polkom, które zmuszone będą do usuwania ciąż za granicą.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie doniesienia-z-italii-l_svg.png

„Il Manifesto”: Polki gotowe na wszystko

Lewicowe „Il Manifesto” swój artykuł zatytułowało „Batalia polskich kobiet”. Giuseppe Sedia porównuje w nim wystąpienia Kaczyńskiego (na Facebooku oraz w Sejmie) do słynnego ogłoszenia stanu wojennego przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego, również nazywającego swych przeciwników kryminalistami.

Sedia przypomina, że z powodu obowiązującego restrykcyjnego prawa już wcześniej Polki często zmuszane były do nielegalnych zabiegów. Teraz stawka jest tym bardziej wysoka; Polki są gotowe zrobić wszystko, by uniknąć ryzyka jeszcze częstszego uciekania się do nielegalnych zabiegów lub dokonywania aborcji za granicą.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie doniesienia-z-italii-l_svg.png

„Fatto Quotidiano”: Hańba państwa

Lewicowe „Fatto Quotidiano” relację z Polski tytułuje hasłem manifestantek: „Hańba państwa”, i przypomina, że „piekło kobiet” zgotowali sędziowie uzależnieni od Prawa i Sprawiedliwości, które to ugrupowanie desygnowało ich do Trybunału.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie doniesienia-z-italii-l_svg.png

„Avvenire”: Franciszek modli się o szacunek

O wydarzeniach w Polsce pisze też związany z Kościołem dziennik „Avvenire”, wspominając m.in. o tym, że arcybiskup Gądecki wezwał policję do usunięcia z poznańskiej katedry protestujących młodych ludzi.

Watykański dziennik swoją relację kończy słowami papieża Franciszka do polskich pielgrzymów: „Proszę Boga, żeby wzbudził w sercach ludzkich szacunek dla życia naszych braci i sióstr, zwłaszcza tych najsłabszych i najbardziej bezbronnych, i aby dał siłę tym, którzy się nimi opiekują, nawet jeśli wymaga to heroicznej miłości”.

„Messaggero”: Watykan milczy

Prawicowe „Messaggero”, również regularnie opisujące manifestacje w Polsce, zauważa, że Watykan w ogóle nie skomentował protestów.

Artykuł ukazał się w Gazecie Wyborczej 29.10.2020

Donosy z Włoch, rys. Krysia Kierebinski

„Zapomnieliśmy o tym, co się działo w marcu”

rys. Krysia Kierebiński

18 października 2020.

W niedzielę we Włoszech padł kolejny rekord zakażeń – 11.705. To był trzeci dzień z rzędu, kiedy odnotowano ponad 10 tys. nowych zakażonych. Z piątku na sobotę przybyło 900 zakażonych, z soboty na niedzielę 800.

Koronawirus najszybciej rozprzestrzenia się obecnie w Lombardii, gdzie w niedzielę odnotowano prawie 3 tys. infekcji (z czego 700 w samym Mediolanie, a dwa razy tyle, jeśli uwzględnić całą prowincję Mediolanu). W całych Włoszech zmarło wczoraj w związku z zakażeniem 69 osób.

W niedzielę liczba pacjentów na oddziałach terapii intensywnej wzrosła o 45 i sięgnęła już 750. W Kampanii i Lombardii zaczyna brakować wolnych łóżek dla chorych na COVID.

– OIOM-y, a także oddziały chorób zakaźnych już są przeładowane – alarmuje Agostino Miozzo, koordynator zespołu doradców naukowo-technicznych przy rządzie. – Musimy wzmocnić lokalną służbę zdrowia, w tym lekarzy rodzinnych. Do dyspozycji powinna być każda placówka w terenie, wolontariusze, a także struktury i zasoby wojska.


Rząd wprowadził nowe obostrzenia – to już drugi dekret w minionym tygodniu, poprzedni przyjęto we środę.

– Nie chcę słyszeć o lockdownie. Strategia nie może być ta sama co w marcu – powiedział premier Giuseppe Conte. – Dziś nie musimy wybierać, co jest ważniejsze: zdrowie czy gospodarka. Możemy dbać o jedno i drugie, reagując proporcjonalnie do potrzeb. Tam, gdzie spadła nasza czujność, musimy ją wzmocnić: mam na myśli kontakty z krewnymi i przyjaciółmi.

Ostatecznie rząd nie odważył się skrócić godzin otwarcia barów i restauracji. Nadal mogą być otwarte do północy, ale przy stoliku może siedzieć maksymalnie 6 osób. Na władze lokalne (co już wzbudziło ich protesty) rząd scedował prawo do podejmowania decyzji o zamykaniu po 21 ulic i placów w przypadku nadmiernego gromadzenia się ludzi.

Od środy obowiązywać będą nowe reguły dla szkół. Aby uniknąć tłoku w środkach transportu publicznego, uczniowie liceów i techników będą rozpoczynali naukę nie wcześniej niż o 9, czyli po tym jak większość dorosłych już dotrze do swoich miejsc pracy. Zostaną też zwiększone odstępy czasowe między wejściami i wyjściami ze szkoły poszczególnych klas.

Rząd wprowadza także zakaz organizowania kongresów i lokalnych targów.Wstrzymane są turnieje i rozgrywki na poziomie amatorskim (większość z nich właśnie w tych dniach miała ruszyć po siedmiomiesięcznej przerwie). Rząd pozostawił otwartą kwestię siłowni, basenów i sal sportowych, dając im tydzień na dostosowanie się do obowiązujących protokołów bezpieczeństwa.

– Niektóre z nich wzorowo zastosowały się do protokołów bezpieczeństwa i nie ma powodu, by je karać – powiedział premier. – Inne muszą jeszcze poprawić standardy. Dajemy im tydzień na poprawę, a sobie prawo do oceny i podjęcia za tydzień ostatecznej decyzji co do zamknięcia bądź pozostawienia ich otwartymi.


W weekend rząd uchwalił też projekt nowego budżetu. Pracodawcy zatrudniający osoby poniżej 35. roku życia będą zwolnieni od składek na ZUS. Na utrzymanie miejsc pracy (czyli płatne urlopy) w 2021 r. przeznaczonych będzie 5 mld euro, na służbę zdrowia 4 mld.

– Kończymy epokę cięć w służbie zdrowia – zapowiedział min. zdrowia Roberto Speranza. – Zaczynamy inwestować w to, co jest najcenniejsze.


Coraz częściej jednak pojawiają się głosy, że kraj reaguje z opóźnieniem również na drugą falę epidemii. Chcę przytoczyć tu dłuższe fragmenty ze wstępniaka Massimo Gianniniego, naczelnego „La Stampy”, który ok kilkunastu dni sam choruje na COVID. Zaraził też swoją 90-letnią, chorą na raka matkę, która jest sama w domu, pozbawiona – jak wielu innych zakażonych – opieki lekarskiej:

„Kiedy przenieśli mnie na OIOM około pięć dni temu, było nas szesnastu, prawie wszyscy ponad 60 lat. Dzisiaj jest nas 54, głównie 50-55-latkowie. Oprócz mnie i dziesiątki innych szczęśliwców, cała reszta jest w bardzo poważnym stanie: poddani sedacji, zaintubowani, leżący w pozycji twarzą w dół. Trzeba to zobaczyć, żeby zrozumieć… Ale ludzie nie chcą widzieć, a często nie chcą zrozumieć. A więc wyjaśniają to lekarze, anestezjolodzy, reanimatorzy, pielęgniarki, którzy już zaczynają pracować na dwie zmiany, bo brak rąk do pracy. Uzbrojeni – o czym już wiemy – w fartuchy, rękawice, maski i okulary. Nie wiem, jak oni dają radę. Ale dają, z gorzkim uśmiechem: „W marcu nazywali nas bohaterami, dziś nikogo nie obchodzimy. Już o wszystkim zapomnieli”. O to chodzi: zapomnieliśmy o wszystkim.

Trumny z Bergamo, starzy umierający samotnie w domach starców, symboliczne zdjęcia sanitariuszy-wojowników przygniecionych własnym zmęczeniem i poświęceniem, murale z lekarką trzymającą w ramionach chorą Italię, hymn śpiewany z balkonów. Czy to możliwe? Możliwe. Życie toczy się dalej, z wirusem czy bez. I tak oto znowu jesteśmy w tym samym punkcie, druga fala nie różni się od pierwszej: spieramy się, kto jest winny, wskazujemy opóźnienia. Jakby cała tragedia, której doświadczyliśmy, niczego nas nie nauczyła (…)

Zapomnieliśmy o tym, co się działo w marcu. Powtarzamy błędy, które zrobiliśmy wtedy. Po katastrofie z marca-kwietnia mieliśmy utworzyć ponad 7,5 tys. nowych miejsc na terapiach intensywnych i subintensywnych. Przybyło 1,3 tys. Na rozdysponowanie wciąż czeka 1,6 tys. respiratorów. Czyja to wina, że nie ma dla nich miejsca? Mieliśmy zatrudnić 81 tys. nowych lekarzy i pielęgniarzy. Zatrudniliśmy niecałe 34 tys. Kolejki na wykonanie testu to wstyd narodowy. Wszyscy obwiniają się nawzajem (…).

Nikogo nie oskarżam, nie rozpamiętuję win. Chcę tylko trochę powagi. Chciałbym tylko przypomnieć wszystkim, że nawet retoryka >nie możemy zamknąć wszystkiego< przeczy rzeczywistości, jeśli rzeczywistość mówi, że następuje lawina zakażeń. Jeśli chcemy powstrzymać wirusa, musimy zrezygnować z części naszych swobód. Nie ma innego rozwiązania (…). Nie chcemy drugiego lockdownu? Ale coś więcej niż ostatni dekret [ze środy] musimy zrobić.

Pandemia po raz kolejny skraca oddech naszej demokracji. Próba powstrzymania tego zależy tylko od nas. Zdobądźmy się na wyrzeczenie dzisiaj, by nie płacić wielkiego okupu jutro. Żeby powstrzymać pandemię, rząd, regiony, władze sanitarne i naukowcy muszą działać jak jeden organizm, jego normy i słowa powinny być koherentne i wzbudzające zaufanie. Tak nie jest. Dlatego jesteśmy skonfudowani i wystraszeni. Hasło „Wszystko pójdzie dobrze” nie powinno wyrażać tylko nadziei, to powinna być przede wszystkim kwestia woli”.


Kronika włoska, 17 października. KOLEJNY REKORD ZAKAŻEŃ: PRAWIE 11 TYS. OD NIEDZIELI NOWE RESTRYKCJE?

Już w piątek po raz pierwszy liczba zakażeń przekroczyła 10 tys. (10.010), dzisiaj odnotowano niemal o tysiąc przypadków więcej (10.925). Rząd właśnie obraduje nad nowymi obostrzeniami: od niedzieli najprawdopodobniej zawieszony zostanie sport amatorski oraz wprowadzona zostanie godzina policyjna.

Czytaj dalej

Kronika włoska, 16 października: PONAD 10 TYS. ZAKAŻEŃ

Wskaźnik Rt w poszczególnych regionach (stan z 13.10.2020), za: „La Repubblica”, GEDI VISUAL

Dzisiaj 10.010 zakażeń koronawirusem (wczoraj 8,8 tys.), COVID zabił 55 osób (wczoraj 83), wykonano ponad 150 tys. testów (wczoraj 163 tys.).

–  Nie wystarczą już dotychczas podjęte środki zaradcze (dystans społeczny, użycie masek, higiena rąk). Musimy trzymać się od siebie z daleka – komentują lekarze.

Czytaj dalej

Kronika włoska, 15 października

Kronika włoska,15.10.2020

Koronawirus, nowy rekord zakażeń: 8,8 tys. (14 kwietnia było ich 7,3 tys.), zmarły 83 osoby, wykonano 163 tys. testów (to też rekordowa liczba). Najwięcej zarażeń w Lombardii – ponad 2 tys. Ponad tysiąc zarażonych w Kampanii i Piemoncie, w mojej Toskanii 581.

Dlaczego umiera język?

„O Papui-Nowej Gwinei wiedziałem bardzo niewiele, a już zgoła nic o życiu w tropikalnym lesie deszczowym. Mimo to przemierzyłem pół świata, by badać, jak umiera język”.

Czytaj dalej

Abruzja, sierpień 2020