Salvini, wbrew papieżowi i biskupom, wzywa do otwarcia kościołów na Wielkanoc. „Nauka nie wystarcza”

Bartosz Hlebowicz, Florencja

Matteo Salvini (Roberto Monaldo / AP)

Watykan ogłasza, że msze wielkanocne będą wyłącznie transmitowane w mediach. Ale Matteo Salvini wie lepiej, co byłoby dla Włochów dobre.

Kiedy na ulice miast wracają tłumy, choć trwa stan alarmowy, co robią odpowiedzialni politycy? Mówią obywatelom: „zostańcie w domach, epidemia nie jest wcale w odwrocie, co najwyżej przyhamowała. Właśnie teraz musimy być szczególnie uważni”. To samo powtarzają wirusolodzy, lekarze w szpitalach, w których każdego dnia wciąż umiera ponad pół tysiąca ludzi. To samo mówią papież i biskupi. A co mówi Salvini, Salvini-Dobra Rada, Salvini, który-zna-się-na-wszystkim i zawsze służy słuszną krytyką, zbawiennym ponagleniem i zabójczym szyderstwem? Salvini-chiacchierone, wszędobylski gaduła? Salvini mówi: „Otwórzcie kościoły na Wielkanoc, bo to jest to, czego ludzie teraz najbardziej potrzebują”.

– Wspieram prośby tych, którzy chcą, aby w sposób uporządkowany, składny i pod względem sanitarnym bezpieczny, pozwolono im wejść do kościoła. Niech wchodzą po trzech, czterech czy pięciu  na mszę Wielkanocną. Można chodzić do sklepu tytoniowego, bo bez papierosów nie wytrzymamy, a dla wielu innych fundamentalne jest leczenie duszy, nie tylko ciała – oświadcza Salvini w wywiadzie telewizyjnym. – Jest apel wysłany do biskupów, aby pozwolili wierzącym, przy zachowaniu odległości, w maskach i rękawiczkach, w ograniczonej liczbie, wejść do kościołów, tak jak się wchodzi do supermarketów. Święta Pascha, wskrzeszenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, dla milionów Włochów jest chwilą nadziei na życie.

Salvini, ekspert od nauki katolickiej, który rok temu na wiecu wyborczym, całując różaniec, obiecywał bronić granic przed obcymi, a kilka dni temu modlił się na wizji, wspólnie z prowadzącą telewizyjnego show, za ofiary wirusa, teraz orzekł, że Włosi potrzebują „ochrony Niepokalanego Serca Maryi”, którą to ochronę otrzymają w kościołach.

On to naprawdę powiedział. Skoro papież Franciszek może prowadzić swój dialog z Bogiem, skoro Papież może cytować Pismo Święte („Wróć, wróć do domu”) i wzywać rodziny, by w swych domach wspólnie pokonywały strach, odnajdywały modlitwę, pokój i kreatywność, i kiedy Watykan ogłasza, że msze Wielkanocne będą wyłącznie transmitowane w mediach, to dlaczego nie mógłby Salvini nawoływać do czegoś przeciwnego? To on wie lepiej, że Włosi bardziej potrzebują „niepokalanego serca” w zapełnionych kościołach niż modlitwy i pokoju w domach.

„Nauka nie wystarcza, potrzebny jest też dobry Bóg”, poucza dobry Salvini. Jak to się stało, że to nie jego wybrano na papieża?

Ale Matteo ma nie tylko zatroskane oblicze polityka dbającego o zdrowie duchowe zwykłych Włochów, zapomnianych przez Kościół i rząd. Matteo istnieje też w wersji gniewnej. Rząd dał 25 mld pomocy? Powinien był dać 50! Dał 50? Powinien był dać 100!

Matteo!, ciągle rozzłoszczony, ciągle z pretensjami, jednego dnia krytykowałeś rząd, że nie zamknął wszystkich granic, by zaraz potem mówić, że musimy wszystko pootwierać – i by następnego dnia znów narzekać, że nie pozamykaliśmy wszystkiego.

To ty, będąc super-wicepremierem, mężnie blokowałeś całymi tygodniami w portach statki z nieszczęśnikami, którzy przetrwali podróż przez Saharę, bicie i upokorzenia w libijskich więzieniach, przeprawę przez Morze Śródziemne. Dopiero ty, Kapitanie (nie mój Kapitanie!), zdołałeś ich powstrzymać (co prawda na te marne kilka tygodni, ale co się wycierpieli, to twoje), mimo że okręty włoskiej marynarki nie słuchały twoich wezwań, by nie wyławiać tonących.

To ty, kiedy nadszedł czas przygotowania budżetu, zrejterowałeś, oddając władzę w ręce znienawidzonej lewicy i zaraz potem krytykując ją za zaciskanie pasa.

Nie jesteś już (wice)premierem, ale teraz to chyba już bez znaczenia. Imigranci przestali przypływać, z wyjątkiem tych z Grecji, wożonych m.in. przez rosyjskich szyprów. Ale ci i tak nigdy cię nie interesowali.

Właściwie, przyznaj sam, to wielkie szczęście. Teraz – jako niesłuchany, bo niemający nic do powiedzenia opozycjonista – możesz grzmieć, a raczej brzęczeć, jeszcze natrętniej, podsuwać coraz to bardziej niedorzeczne pomysły, bo i tak wiesz, że nikt ich nie bierze na poważnie, poza kurczącą się sektą twoich zwolenników. Ale być może nawet w tobie pozostała ta resztka odpowiedzialności, dzięki której wiesz, że teraz przynajmniej twoje nieposkromione plecenie bzdur nie szkodzi innym.

Kamracie Matteo, dzięki temu, że nie zyskałeś, jak ongi Hitler i Mussolini, upragnionej „pełni władz” i że z podkulonym ogonem odszedłeś z rządu, Włosi, w tym tragicznym okresie, mogą mieć tę pewność, że ci, co kierują krajem,  przynajmniej starają się powstrzymać pomór, mniej czy bardziej udolnie. Możemy mieć pewność, że są na tyle racjonalni i uczciwi, że nie otwierają szeroko drzwi przed zarazą, mówiąc „Zapraszamy”.

Salvini – chiacchierone, dlaczego po prostu tego wspaniałego pomysłu nie podsuniesz swojemu partyjnemu koledze, Attilio Fontanie, gubernatorowi Lombardii? Wystarczyłoby jedno jego rozporządzenie. Czy dlatego, że Fontana oburza się nawet, gdy rodzice chcą wyprowadzić dziecko z domu na minutę i powtarza, że ograniczenia są wciąż zbyt łagodne? Bo wie, że w jego regionie ludzie wciąż padają jak muchy?

Dzień 5 września, kiedy w zeszłym roku upadł rząd z udziałem Ligi, dzień, w którym Salvini przestał rzucać groźne pomysły jako wicepremier i zaczął robić to jako lider opozycji, powinien zostać ogłoszony świętem narodowym.

Felieton ukazał się też w „Gazecie Wyborczej 5 kwietnia 2020

Koronawirus. O tym, jak Czesi ze spekulantami walczyli i Włochów okradli

Źródło: Lukáš Lev Červinka, FB, 20.03.2020

We wtorek rząd czeski obwieścił dumnie, że dorwał złodziei, którzy ukradli maseczki i respiratory. Śledztwo czeskiego aktywisty wykazało, że maski były przeznaczone dla Włoch, a złodziejem i oszczercą jest czeski rząd, który wcale nie zamierza ich zwracać.

Jak zauważył Luk Lukász Lev Czervinka z Asociace pro mezinárodní otázky (Stowarzyszenie do spraw Międzynarodowych), przedstawione przez czeski rząd zdjęcia „uratowanych od złodziei” materiałów medycznych, które postanowiono przekazać czeskim służbom medycznym, to w istocie pudła oklejone chińskimi i włoskimi flagami, z tekstami po chińsku, w których władze w Pekinie dodają otuchy Włochom („Jesteśmy z wami. Do przodu, Włochy!”) i potwierdzają gotowość niesienia pomocy.

Rewelacje Czervinki potwierdza włoski dziennik „La Repubblica”.

– Gdy poprosiliśmy o komentarz ministra zdrowia, powtórzył on oficjalne kłamstwo o zajęciu materiału, który miał być sprzedawany nielegalnie – opowiada Cervinka. – Wszystkie nasze media powtarzały te brednie. Dopiero teraz, nieśmiało, za pomocą tweetów, rząd przyznaje, że „część” towaru pochodziła z Chin i była przeznaczona dla Włoch.

Wciąż jednak Czechy nie zdobyły się na przeprosiny, nie mówiąc o zwrocie zagrabionych materiałów. To zresztą jest już niemożliwe, ponieważ maski i respiratory zostały już rozdzielone między czeskie szpitale. 

Zaledwie kilka dni temu premier Czech Andrej Babisz dawał rady, jak świat ma się bronić przez rozprzestrzenianiem się koronawirusa z Włoch, zakazując wjazdu włoskim obywatelom. Włosi mogliby mu zrewanżować się uniwersalną poradą: „Nie okradaj, zwłaszcza tych, którzy walczą o życie”.

Artykuł ukazał się też w Gazecie Wyborczej.

Jasna i ciemna strona księżyca. Dziennik koronawirusowy z Włoch

Kolumna wojskowa wywożąca trumny ze zwłokami ofiar koronawirusa w Bergamo, 20.03.2020, ANSA.

No więc jak jest? Jesteśmy „wielkim narodem, który pierwszy w Europie stawił czoła wirusowi”, jak oznajmił premier Conte? Czy jesteśmy narodem cwaniaków, którzy wymyślają kłamstwa na temat powodu wyjścia z domu, gdy pytają o to mniej przebiegli żandarmi? Bo tak naprawdę nie idziemy do lekarza czy na zakupy, lecz do przyjaciół na obiad i wspólne oglądanie filmu.

Czytaj dalej

Poranek z koronawirusem

Florencja, 14 marca 2020

Starszy mężczyzna na rowerze, w beretce i białej masce. Kierownicę trzyma jedną ręką. W drugiej ściska rączkę wózka na kółkach na zakupy.

Czytaj dalej

Tutto andrà bene!

Mio Iacopo

Codogno: miasteczko, które jako pierwsze wypowiedziało wojnę epidemii

Codogno, 24 lutego 2020. Za: „Il Fatto Quotidiano”

Codogno w południowej prowincji Lombardii, 15 tys. miesykańcó. Tutaj 20 lutego wykryto pierwszy przypadek zarażenia wirusem SARS-Co-V-2. Od tego czasu wirus rozprzestrzenił się błyskawicznie w okolicy, czyniąc z Codogno i okolicznych gmin epicentrum epidemii.

Cogodno, sąsiadujące z nią Casalpusterlango i Castigliano d’Adda, a także siedem kolejnych przylegających gmin w prowincji Lodi szybko uznano za „strefę czerwoną”, której nikt nie mógł opuszczać, ani do niej wjeżdżać.

Miasta-widma

Miasteczka w nielicznych relacjach telewizyjnych wyglądały jak wymarłe. Na ulicach prawie nikogo – mieszkańcom nakazano pozostanie w domach. Zamknięto wszystkie urzędy, włącznie z pocztowymi otwarte były tylko apteki, w których jednak szybko zabrakło masek ochronnych i środków dezynfekujących.

Przez pierwsze dwa tygodnie sytuacja wydawała się tragiczna. Żniwo zakażonych i umierających powiększało się z dnia na dzień. 5 marca w prowincji Lodi było aż 658 zakażonych, ponad jedna czwarta wszystkich zarażonych w Lombardii (2251 przypadków).

Upadek i wzlot Codogno

8 marca w Lodi zarażonych było 853 osób podczas gdy w całej Lombardii prawie 4,2 tys., a zatem liczba zarażonych w Lodi wynosiła trochę ponad jedną piątą wszystkich zarażonych w Lombardii. Innymi słowy: podczas gdy w całym regionie przybywało szybko zarażonych, w prowincji Lodi chorych przybywało wolniej.

„Corriere della Sera” (wydanie z 11 marca) poprawę sytuacji w Codogno i innych gminach prowincji Lodi wykazał w jeszcze inny sposób, wyliczając, że o ile wskaźnik zakaźliwości koronawirusa wynosi 2,5 (jedna osoba zaraża średnio 2,5 osoby), to w ostatnich dniach w Lodi spadła do 1. Wskaźnik poniżej 1 oznacza, że wirus przestaje zakażać. Wreszcie, cytowana również przez „Corriere” specjalna jednostka ekspertów regionu do walki z kryzysem wykazała, że między 1 a 4 marca liczba nowych zachorowań była mniejsza o 30 proc. w stosunku do okresu 21-25 lutego, czyli wybuchu epidemii.

Sytuacja poprawiła się na tyle, że Narodowy Instytut Zdrowia uznał w zeszłą niedzielę, że Codogno i pozostałe 9 gmin nie muszą już być czerwoną strefą, a gubernator Lombardii Fontana, podając przykład Codogno i okolicznych gmin zażądał uczynienia „czerwonej strefy” w całym regionie. Zwłaszcza że we ostatni wtorek w Codogno nie odnotowano ani jednego nowego zakażenia.

Model Codogno w całych Włoszech

– Strefa czerwona Lodi i Codogno to jedyna strefa, w której infekcja hamuje, a szybkość rozprzestrzeniania się zakażeń się zmniejsza, w przeciwieństwie do reszty regionu. Należy przenieść model Codogno na całą Lombardię – oświadczył Fontana.

– Jesteśmy szczęśliwi, ale my kwarantannę przeprowadziliśmy na serio. Model ‘czerwonej strefy’ okazał się skuteczny – ocenił Francesco Passerini, burmistrz Codogno.

W istocie, wprowadzone we środę wieczór premier Conte niejako przychylił się do propozycji Fontany, wprowadzając wielkie ograniczenia wprawdzie nie tylko w Lombardii, lecz w całych Włoszech, podkreślając, że ich celem jest zminimalizowanie ruchu i kontaktów między ludźmi w całym kraju. Fontana powitał decyzję rządu z radością.

Bohaterka z Codogno

Dwa dni temu całe Włochy z radością przyjęły nowinę, że odłączony od respiratora został 38-letni Mattia M. z Codogno, zwany pacjentem numer jeden (bo to od niego zaraziły się kolejne osoby w okolicy, nieświadomie rozprzestrzeniając chorobę). Wysportowany Mattia, pracownik miejscowej fabryki, w wolnych chwilach uprawiający biegi długodystansowe i grający jako środkowy obrońca lokalnej piłkarskiej drużyny amatorskiej, zgłosił się 18 lutego do szpitala w Codogno. Od czterech dni miał objawy grypy, które nie chciały ustąpić. 18 lutego lekarz szpitalny zdiagnozował „lekkie zapalenie płuc” i pozwolił Mattii wrócić do domu. Za parę godzin – 19 lutego w nocy – jednak wrócił, bo czuł się fatalnie. 20 lutego trzeba go było reanimować. Nikt nie miał pojęcia, co jest przyczyną nagłego pogorszenia. Wtedy zapaliła się czerwona lampka w głowie szpitalnej anestezjolożki, 38-letniej Annalisy Malary. Malarę dziś słusznie uznaje się za narodową bohaterkę, ponieważ łamiąc ówczesne protokoły doprowadziła do odkrycia pierwszego przypadku zachorowania na koronawirusa na ziemi włoskiej.

– To, co zobaczyłam, było niemożliwe. Po raz pierwszy leki nie działały na zapalenie płuc, które wydawało się banalne. Moim obowiązkiem było wyleczyć chorego. Pomyślałam, że skoro zawodzi to, co znamy, trzeba rzucić się w to, co nie znane – komentuje Malara w wywiadzie dla „La Repubbliki” nagłe pogorszenie się zdrowia pacjenta, kiedy trzeba było go wieźć na reanimację. – To był ten „fałszywy moment”, który zdradził koronawirusa. W czwartek rano, 20 lutego, pomyślałam, że tego, co wydawało się niemożliwe, nie można było dłużej wykluczać.

– Musiałam prosić władze sanitarne o zgodę na test – kontynuuje opowieść anestezjolożka. – Włoskie protokoły postępowania nie przewidywały tego. Odpowiedziano mi, że jeżeli naprawdę uważam to za konieczne, mogę przeprowadzić test na własną odpowiedzialność. O godz. 12.30 20 lutego ja i moi koledzy zdecydowaliśmy zrobić coś, czego nie przewidywała praktyka. Posłuszeństwo wobec reguł medycznych jest wśród przyczyn, które pozwoliły wirusowi niezauważenie krążyć przez tygodnie.

We Włoszech nikt dziś nie ma wątpliwości, że upór lekarki uratował życie wielu osobom i zmusił władze do wypowiedzenia epidemii zdecydowanej wojny. Tę świadomość ma także dr Annalisa Malara, kiedy mówi:

– Mam nadzieję, że przyczyniłam się do tego, że moi koledzy i instytucje, we Włoszech i w Europie zyskali trochę czasu. Zyskaliśmy cenne dni, żeby przygotować się do walki z epidemią.

A Mattia, pacjent nr 1, po 20 dniach na terapii intensywnej w szpitalu w Pawii, wreszcie może oddychać samodzielnie. Jego żona, również zainfekowana, jest w dobrym stanie. Lada dzień urodzi im się pierwsze dziecko.

Tekst ukazał się też w Gazecie Wyborczej.

My też walczymy

Walka z koronawirusem, rys. Iacopo Hlebowicz (11.03.2020)

„Ho disegnato i globuli bianchi insieme alle vitamine C, B e D che combattono contro il coronavirus. I capitani si distinguono dalle stelle sul petto.

Narysowałem białe krwinki, razem z witaminami C,B i D, które walczą z koronawirusem. Dowódcy – kapitanowie poszczególnych armii mają gwiazdki na piersi.

Iacopo/ Kubuś Hlebowicz, sette7 (quasi otto) anni.

„Bo ważna jest pamięć”. Korczak ma mural we Florencji

Praca nad muralem przedstawiającym Janusza Korczaka i jedną z jego żydowskich podopiecznych na ścianie gmachu szkoły podstawowej Fanciulli we Florencji. Autorem jest mieszkający w stolicy Toskanii a pochodzący z Rumunii młody artysta o pseudonimie Ache77 (Fot. Gabriele Masi, Street Levels Gallery, Florencja)

Mural przedstawiający Janusza Korczaka z dziewczynką na rękach odsłonięto na budynku szkoły podstawowej Fanciulli w stolicy Toskanii, Florencji. Inspiracją był fotos ze słynnego filmu Andrzeja Wajdy.

Pomysłodawcą projektu były władze Florencji, a konkretnie asesor  ds. kultury Sara Funaro (o tym pomyśle poinformowały w okolicach 27 stycznia, Dnia Pamięci o Zagładzie). Mural został odsłonięty we środę 4 marca.

– Dlaczego właśnie Korczak?

– Sama jestem członkinią żydowskiej społeczności we Florencji – odpowiada mi min. Funaro. – Jego historia jest szczególna, a jego słowa stały się częścią Deklaracji Praw Dziecka. Wybraliśmy Korczaka, żeby pomóc zrozumieć młodemu pokoleniu, jak ważna jest pamięć.

– Dlaczego właśnie szkoła Fanciulii ma ten mural?

– Postanowiliśmy, że powinien być w dzielnicy V, ponieważ to najbardziej zaludniona dzielnica Florencji, a także najbardziej różnorodna, jeśli chodzi o pochodzenie mieszkańców.

Fot. Gabriele Masi, Street Levels Gallery, Florencja

„Niebo musi być błękitne”

Szkoła podstawowa Fanciulli (nazwa szkoły to staroświeckie określenie „dzieci”, można by przetłumaczyć jako „dziatwa”) przy ul. Policarpa Petrocchiego leży na północnych obrzeżach miasta. Krajobraz przygnębiający, fabryczny. Tylko czasem ożywiają go kolorowe graffiti na wielkich budynkach.

Teraz wyróżnia się wśród nich piękny mural z Januszem Korczakiem, lekarzem i opiekunem dzieci, których nie opuścił w drodze do obozu śmierci. Mural, autorstwa młodego artysty o pseudonimie Ache77, pokrywa całą ścianę szczytową szkolnego budynku, liczy 80 m. kw.

– Gdy tylko opowiedziano mi tę historię i zaproponowano realizację projektu, po prostu się wzruszyłem. To jeden z moich najważniejszych projektów – opowiadał Ache77, którego odwiedziłem kilka razy w ciągu trzech tygodni powstawania muralu.

Do Florencji przyjechał siedem lat temu z Rumunii, by studiować malarstwo w ramach wymiany studentów Erasmus. I został.

Należy do najbardziej pularnych młodych artystów ulicznych we Florencji. Najczęściej do swej pracy wykorzystuje szablony i sitodruk.

W zeszłym roku w ramach Copula Mundi Festival, przygotował we florenckim parku Cascina wspaniałą wystawę „Ritratti Dall’infanzia Negata”(„Portrety zabronionego dzieciństwa”). Na wielkich płachtach PCW namalował wielkie portrety dzieci w różnym wieku. Inspirował się albumemPino Bertellego pod tym samym tytułem, Portrety zabronionego dzieciństwa, w którym współpracujący z Ache77 fotograf przedstawił dzieci z różnych miejsc na świecie ogarniętych wojną.

– Postanowiłem, że postacie muszą być czarno-białe, ale niebo musi być błękitne – opowiada Ache77 o muralu z Korczakiem. – Wszystkie dzieci na świecie wiedzą, że niebo musi być błękitne. Ale dodałem też drut kolczasty.

Fot. Gabriele Masi, Street Levels Gallery, Florencja

Mural według Wajdy

Ache77 współpracuje z florencką galerią artystyczną Street Levels, prowadzoną przez grupkę młodych ludzi (również z nimi zrobił „Portrety zabronionego dzieciństwa”). To właśnie im władze miasta powierzył realizację projektu.

– Mural opiera się na fotosie z filmu Wajdy – tłumaczy Gianluca Milli, szef galerii. – Twarz aktora przerobiliśmy graficznie na twarz Korczaka, choć podobieństwo i tak było ogromne [słynny fotos z filmu przedstawia Wojciecha Pszoniaka trzymającego na ręku dziewczynkę, graną przez Marię Weymayr].

Milli opowiadał dzieciom o Korczaku na początku lutego, kiedy Arche77 dopiero zaczynał projektowanie muralu. Wspomniał o prawach rasowych, o gettach dla Żydów, o samym Korczaku, sierocińcu, który prowadził w Warszawie i o tym, że oferowano mu pomoc w ucieczce przed załadowaniem do pociągu odjeżdżającego do obozu zagłady.

– A co wy byście zrobili na jego miejscu? – pyta.

– Powinien był uciec – odpowiada jedno z dzieci. Zaraz potem dodaje: – Ale razem z dziećmi.

Fot. Gabriele Masi, Street Levels Gallery, Florencja

„Głębokie spojrzenie w przyszłość”

Projekt cieszył się wielkim poparciem Cristiana Ballego, przewodniczącego rady piątej dzielnicy.

– Glina i marmur. Niektórzy uważają, że dzieci formuje się tak jak glinę, lepiąc ręcznie, nadając im kształt od zera – opowiadał Balli dzieciom zabranym na szkolnym dziedzińcu na początku lutego. – Korczak uważał, że dziecko jest raczej jak marmur. Ono już jest ukształtowane, dorośli nie muszą nic dodawać. Ich rolą jest tylko oddłubywanie niepotrzebnych warstw, jak w marmurze.

Uczniowie z Fanculii słuchali podczas lekcji fragmentów książek Korczaka, potem proszono je, by opowiadały jego historię, także za pomocą rysunków.

Zagaduję o Korczaka 14-latka, obecnego na uroczystości rozpoczęcia prac, z udziałem władz dzielnicy i miasta.

– Był nie tylko pedagogiem, lecz jakby drugim ojcem dla tych dzieci. Jego historia to historia wzajemnego szacunku i miłości – mówi Alessandro.

– Ten obraz, spojrzenie tych dwóch par oczu ma nam przypominać, że z czasem my sami musimy stawać się kustoszami pamięci – powiedział Cristiano Balli 4 marca, gdy władze miasta, nauczyciele i dzieci zebrali się, by wspólnie obejrzeć gotowe dzieło. – Dzisiaj nie w każdym miejscu na świecie prawa dzieci są przestrzegane. Ich wzrok symbolizuje głębokie spojrzenie w przyszłość. To jest wielki znak nadziei, mimo wszystko.

Inauguracja muralu Korczaka, 4 marca 2020 r., Fot. Bartosz Hlebowicz

Lekcja pamięci

– Bardzo wam dziękuję za ten pomysł i piękne dzieło – powiedziała dyrektorka szkoły Lucia Di Giovanni. – Dzięki wam każdy z nas zapamięta ten obraz i historię, którą on opowiada, i przekaże go innym. Trochę jak wirus, tyle że dobry.

W środowej uroczystości odsłonięcia muralu wziął też udział przewodniczący gminy żydowskiej we Florencji David Liscia.

– Nie ma nas wielu we Florencji, ale jesteśmy tu od dawna. Żydzi w Rzymie są od wielu wieków, byli tu jeszcze przed Jezusem – opowiadał Liscia. – Dlaczego Korczak jest wyjątkowy? Wielu ludzi pisze piękne i słuszne rzeczy, ale potem ich nie przestrzega. Korczak nie tylko pisał. Był wierny sobie i do końca pozostał z dziećmi.

Cosimo Guccione, asesor w radzie miasta ds sportu i młodzieży, zajechał motorem na dziedziniec szkolny dokładnie w momencie, kiedy skończyły się przemówienia. Zeskoczył z motoru („szkoda, że miałeś kask”, żartowali koledzy) i powiedział krótko:

– Ta okolica pilnie potrzebuje sztuki publicznej. Wy teraz macie piękno dzieło sztuki, tak jak w muzeach. Możecie pękać z dumy. Ciao!

W wywiadzie dla lokalnej prasy Guccione był bardziej rozmowny:

– Nie wystarczy pamiętać. Trzeba uczyć o pamięci młodych. Szoa, to, co się wydarzyło ponad 70 lat temu, dotyczy ich bardziej niż innych. Pamięć to nie wspomnienia, to coś, co ma wiele wspólnego z naszym życiem zarówno osobistym, jak i politycznym.

Ścieżka dla pokoju

Gmina Florencja od lat prowadzi cykl różnorodnych zajęć artystyczno-edukacyjnych dla szkół, zatytułowanych Percorso per la pace – Ścieżka dla pokoju. W ich ramach dzieci oprowadzane są po historycznie ważnych punktach miasta, muzeach, biorą udział w dodatkowych wykładach i zajęciach plastycznych związanych z historią.

Fot. Bartosz Hlebowicz

Tekst ukazał się również w „Gazecie Wyborczej”

Obrazek z Trydentu

Źródło: giornaleTRENTINO.it

Ze wszystkich opowieści związanych z epidemią koronawirusa we Włoszech najbardziej poruszyła mnie przytoczona dwa dni temu przez „Corriere della Sera” – za lokalną prasą – relacja z nieudanej próby uruchomienia lekcji przez Internet w szkole w prowincji Trydent.

Mezzolombardo, 20 km na północ od stolicy prowincji i regionu Trydent-Górna Adyga. 7 tys. mieszkańców. Słynne na całe Włochy wina: schiava, teroldego. Oraz dobra szkoła, a właściwie cały kompleks szkół im. Martino Martiniego, misjonarza w Chinach w XVII w., urodzonego w Trydencie. Technikum techniczne, liceum naukowe, technikum ekonomiczno-sportowe. Placówka wyróżnia się posiadaniem szybkich łączy internetowych, wieloletnim doświadczeniem w realizacji rozmaitych projektów edukacyjnych online.

Dyrektorka: Okazja, by uruchomić projekty online

Krótko mówiąc: szkoła otwarta. Potwierdziła to inicjatywa Tiziany Rossi, dyrektorki, która po prostu nie chciała przerywać nauki. W Trydencie nie ma przypadków zakażeń ani specjalnego alarmu spowodowanego koronawirusem, ale władze prowincji – 25 lutego – i tak postanowiły przedłużyć zamknięcie szkół do końca karnawału.

Rossi, neapolitanka od lat żyjąca w Trydencie, nie chciała po prostu biernie czekać na ponowne otwarcie szkoły. Skontaktowała się z nauczycielami i niemal wszyscy zgodzili się, że nadszedł właściwy czas, by uruchomić projekt nauki online, nad którym w szkole noszącej imię jezuickiego misjonarza pracowano od 6 lat.

„Lekcje na odległość. W celu złagodzenia dyskomfortu spowodowanego zamknięciem szkół do piątku 28 lutego i w celu zagwarantowania podstawowego prawa uczniów do edukacji, przywołanego także w dekrecie rady ministrów, wprowadzimy lekcje na odległość, wykorzystując wszystkie narzędzia już dostępne w szkolnej chmurze aplikacji Gsuite. Uczniowie otrzymają emailowo zaproszenie do uczestnictwa w lekcji od konkretnego nauczyciela, tego, którego lekcja akurat wypada w planie”. Tak brzmiał list władz szkoły zaadresowany do nauczycieli i uczniów.

Udział w akcji zadeklarowało 89 nauczycieli spośród 90 zatrudnionych w placówce. Chęć uczestnictwa w lekcjach online potwierdziło także 94 proc. uczniów. Miejscowa prasa donosiła z dumą: „W ciągu zaledwie kilku dni szkoła zorganizowała powrót do lekcji, które przeprowadzone zostaną przez Internet i webcam. Młodzi ludzie, wygodnie w domu, będą mogli spokojnie uczestniczyć w lekcjach, które odbędą się w tym samych godzinach co zawsze”.

– Uczniowie nie będą tylko biernie słuchać wykładów – zapowiadała dyr. Rossi – lecz na odległość budować wiedzę wspólnie z nauczycielami. W poprzednich dniach wszyscy nauczyciele zostali poinstruowani, jak używać aplikacji Hangouts, Hangouts Meet o Drive, by wszyscy mogli korzystać jednocześnie z tych samych materiałów.

Szef związków: Epidemia nie była uwzględniona w planie szkolnym

Wydawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie, by fantastyczną inicjatywę wcielić w życie. A jednak. W przeddzień uruchomienia zajęć na odległość, Rossi otrzymuje zdumiewający list od Pietro Di Fiore, adwokata i sekretarza związków zawodowych nauczycieli UIL Scuola Trento. Di Fiore, wbrew faktom, poinformował dyrektorkę, że „nie zostały podjęte przygotowania techniczne do prowadzenia lekcji online”, a także zacytował pismo władz prowincji, w którym informowano o „zamknięciu szkół i wstrzymaniu zajęć dydaktycznych”. Dalej, w tym samym liście, „nauczyciele znaleźli się w tymczasowej sytuacji, niezależnej od nich, niemożności prowadzenia dydaktyki”. Znowu wbrew faktom, jako że 89 na 90 nauczycieli dopiero co zgłosiło gotowość do „prowadzenia dydaktyki”. Ostatecznym ciosem dla rewolucyjnego pomysłu dyrektorki i niemal całej kadry nauczycielskiej był ten fragment listu adwokata, w którym powołał się na obowiązujące prawo: „dyrektor szkoły przygotowuje plan dydaktyczno-edukacyjny na cały rok, który powinien zostać zatwierdzony przez zgromadzenie nauczycieli”. Innymi słowy, plan taki już powstał i został zatwierdzony na początku roku szkolnego, a pani dyrektor nie uwzględniła w nim wybuchu epidemii! Adwokat informuje w swym liście, że wprawdzie można plan ten modyfikować w toku, ale „tylko podczas oficjalnego zgromadzenia nauczycieli”.

Lekcje online w Mezzolombardo się nie odbyły.

Podobna inicjatywa – lekcji przez Internet – działa w Codogno, strefie największego zagrożenia. W całym kraju, w regionach i prowincjach, w których zamknięto budynki szkolne, rząd – na czele z ministrem edukacji Lucią Azzoliną – zachęca do podobnych inicjatyw. Na stronie ministerstwa opublikowano dokument zaadresowany do nauczycieli z instrukcjami, jak prowadzić lekcje na odległość. „Zamieńmy ten czas na okazję” – napisała min. Azzolina.

Dziennik z czasu zarazy

Inna opowieść, też zapadająca w pamięć, na szczęście z innych powodów. Władze lombardzkiej gminy Codogno, czyli epicentrum koronawirusa, wpadły na pomysł, by stworzyć wirtualny dziennik z czasu zarazy. Zwróciły się do mieszkańców,by przysyłali na podany przez gminę adres relacje pisane, zdjęcia, memy, filmy, „które dokumentowałyby, jak społeczności izolowanych gmin potrafiły odpowiedzialnie, a czasem z ironią, przetrwać ten okres zawieszenia prawdziwej rzeczywistości”. Gmina spodziewa się zarejestrowania „chwil ważnych, zabawnych i dramatycznych”.

Podręczniki do szkół! Dzieci do domów

p.s. We wtorek włoski rząd podjął decyzję o zawieszeniu lekcji w szkołach i zajęć na uniwersytetach w całym kraju do 15 marca. Najpierw ją zapodał, potem odwołał, a potem znowu podał.

Rząd zrobił wszystko, żeby utrudnić życie rodzicom. Najpierw, o 14.00, podał informację o zamknięciu szkół wszystkim agencjom i gazetom, a gdy została ogłoszona, minister edukacji Lucia Azzolina oświadczyła, że to nieprawda i że rząd tylko rozważa taką opcję i właśnie wrócił się o opinię do specjalistów.

Wydawało się to dziwne, jako że to właśnie wirusolodzy postulowali zamknięcie szkół. Żaden z członków rządu nie zdementował jednak rewelacji Azzoliny. Po godz. 16 dzieci opuściły więc szkoły w przekonaniu, że następnego dnia do nich wrócą. W budynkach szkolnych zostały też jak zwykle ich podręczniki i zeszyty. Premier Conte jednak o 18.00 potwierdził decyzję rządu z godz. 14.00. Dzięki nieporadności rządu przez co najmniej 10 najbliższych dni dzieci nie będą mogły uczyć się ze swoich podręczników w domach, bo te będą się kurzyć na szkolnych ławkach.

We Włoszech nowa fala ksenofobii i antysemityzmu. Odradzają się zmory przeszłości

Lucia Levi, via Bovio 7, ur. 1879, aresztowana w kwietniu 1944 r. we Florencji, zamordowana w Auschwitz 30 czerwca 1944 r., fot. BH.

Od pewnego czasu mnożą się rasistowskie i antysemickie ataki – zarówno w mediach społecznościowych, jak i w realu – na osoby, które przeżyły Holocaust, i na ich potomków. Coraz więcej Włochów uważa, że Zagłady w ogóle nie było bądź że informacje o liczbie ofiar są przesadzone.

Czytaj dalej