Swojska Ameryka

Prowadzone „na luzie” zapiski Zbigniewa Białasa, anglisty z Sosnowca, z pobytu na amerykańskiej prowincji i podróży przez połowę Stanów. Zero sztucznego zachwytu Ameryką, ale na szczęście brak też przemądrzałej krytyki.

BARTOSZ HLEBOWICZ

Znakomita książka – prowadzone „na luzie” zapiski Zbigniewa Białasa, anglisty z Sosnowca, z pobytu na amerykańskiej prowincji i podróży przez połowę Stanów. Czasem kąśliwe, ale nie do tego stopnia co Delicje ciotki Dee Teresy Hołówki, i nigdy „publicystyczne”, jak w przypadku niektórych fragmentów Dziennika z Iowa Grzegorza Musiała. Nie jest to też opowieść z podróży przesiąknięta egzystencjalnymi refleksjami, jak w przypadku bardzo dobrej Hartland Wolfganga Büschera. Zero sztucznego zachwytu Ameryką, ale na szczęście brak też przemądrzałej krytyki. Po prostu normalnie, z dystansem do siebie i do oglądanej rzeczywistości.

Dla mnie szczególna frajda w lekturze, bo Nebraska to odświeżone notatki z amerykańskiej prowincji z 2001 roku – w tym samym czasie, choć zwykle w innych miejscach (ale zawsze na prowincji), też przebywałem w Stanach, też prowadząc badania i na zmianę podróżując. Moim podstawowym celem były badania terenowe wśród małych grup indiańskich na Wschodnim Wybrzeżu, autora Nebraski – studiowanie relacji ze słynnej podróży Lewisa i Clarka. Nebraska nie mogła więc obyć się bez wątków indiańskich, co w moich oczach czyni ją tym bardziej atrakcyjną.

Dzięki Białasowi przypominam sobie własne perypetie ze zdobywaniem amerykańskiego prawa jazdy, kupnem pierwszego amerykańskiego samochodu, odpowiadaniem na pytania: „Jesteś z Niemiec?”, „Jesteś z Holandii?”, „Jesteś z Rosji?”, a nawet, po usłyszeniu, że przyjechałem z Polski, „Czy tam mówi się po rosyjsku?”. Komentarz autora do meczu futbolu w Omaha między lokalnymi drużynami, na który zabrał go znajomy – gospodarz (w sensie pracujący na tej samej uczelni, na której „odsiadywał” Fullbrighta autor): „Co za plebejskie, koszmarne i jazgotliwe widowisko (…). Chyba nic mnie tak skutecznie nie zniechęca do Nebraski, jak futbol amerykański”, przypomina mi moje wrażenie z meczu futbolu w Utica (środkowa część stanu Nowy Jork), na który zabrał mnie mój gospodarz. Choć moim podstawowym wrażeniem była potworna nuda.

Dzielę z autorom wspomnienie kłopotów ze znalezieniem motelu w okolicach Green Bay z powodu meczu futbolowego. Dopiero wtedy dowiedziałem się w ogóle o istnieniu zespołu Green Bay Packers.

Czasem Zbigniew Białas pozwala sobie na nieco dłuższe opisy i porównania, np. gdy analizuje zdobywanie oznak rangera w parkach narodowych, w USA traktowane jednocześnie jako zabawa i nauka, co oznacza, że testy z wiedzy o parku rozwiązywane przez młodych ludzi są w Ameryce starannie sprawdzane i wspólnie analizowane. Autor komentuje, że u nas zapewne nikt by nie brał na serio rywalizacji młodych ludzi o plastikową oznakę – i w ten sposób marnowałaby się świetna okazja edukacyjna.

Czasem autor ogranicza się do cytowania czy lakonicznego referowania notek prasowych, napisów w miejscach publicznych czy rozmów z tubylcami (w sensie białymi Amerykanami, aczkolwiek sporo obserwacji dotyczy też odwiedzanych przez Białasa indiańskich miejsc). Wtedy zbliża się do minimalistycznej techniki Macieja Malickiego, który zapisywał na bieżąco „takie tam” spostrzeżenia i zasłyszane dialogi, uzyskując w ten sposób głęboki literacki efekt. Widok tablicy na granicy jednego z najbardziej indiańskich stanów (znajduje się w nim 11 rezerwatów Siuksów, Szejenów i Czipewejów) „Południowa Dakota: wielkie twarze, wielkie miejsca” autor komentuje krótkim „Oczywiście są to tylko twarze białych ludzi”, nawiązując do słynnych twarzy czterech prezydentów wykutych w świętych dla Siuksów Górach Czarnych.

Albo, w oczekiwaniu na samolot do Polski, zapisuje komunikat zapodany z megafonu: „Prosimy podróżnych o nazwiskach: Mo-ham-med, A-li, Meh-met i Bia-las o udanie się do kontroli osobistej”. Przypominam, jest rok 2001, dwa miesiące po ataku terrorystycznym na WTC. W tygodniu, kiedy nastąpił atak, zwiedzałem starożytne kopce indiańskie w Ohio. Gdy wróciłem do Utica, zauważyłem, że niektórzy zaczęli mnie traktować inaczej. Na przykład zaczęła mnie unikać pani, która codziennie podwoziła mnie z Utica do Oneida, gdzie przeprowadzałem wywiady z Indianami (ona, biała, pracowała w administracji któregoś z prowadzonych przez Oneidów biznesu, a mieszkała, tak jak ja, w Utica), aż w końcu moi „przełożeni” poinformowali mnie, że muszę sobie sam zorganizować transport.

Ciekawe są te wątki indiańskie u Białasa. W którymś miejscu stwierdza, że Winnebagowie nie wzbudzają jego nadmiernej sympatii, bo… „w porównaniu z Siuksami stanowczo za dobrze się urządzili”, a porządek w ich rezerwacie bardziej kojarzy się z Niemcami niż Indianami. Dodaje, że nie ma szacunku dla plemion, które nie walczyły z białymi. To, co w pracy naukowej byłoby nie do przyjęcia (co to w ogóle za kryterium? I dlaczego niby Europejczyk z początku XXI wieku miałby oceniać XIX-wieczną historię Ameryki?), w formie „zapiski z podróży” całkiem się broni. Dziennikowi dobrze robią myśli nie do końca wyklute, opinie odrobinę zbyt radykalne, pochopne skojarzenia. W końcu czy nasza wiedza o Triobriandczykach nie byłaby uboższa, gdyby, poza monografiami, Bronisław Malinowski nie przedstawił ich od innej, „prywatnej” strony w swym nieprzeznaczonym do publikacji i na szczęście opublikowanym, dzienniku[1]?

Autorowi zdarzają się drobne wpadki, jak np. informacja, że dyliżans Butterfield Stage (założony notabene przez Johna Butterfielda z mojej Utica!) jeżdżący między San Francisco a St. Louis kursował do 1961 roku (s. 192). W istocie zakończył swój żywot sto lat wcześniej.

Białas ironicznie traktuje mormonów, amiszów, Żydów czy swoich białych znajomych w Omaha, ale nigdy nie posuwa się poza linię dobrego smaku, ironia nigdy nie przeradza się w wyśmiewanie się i narzekanie. A przecież są podróżnicy, którzy – wydawałoby się – podróżują tylko po to, żeby nam, maluczkim, pokazać „prawdziwe” oblicze Ameryki, obśmiać „prawdziwą” głupotę miejscowych i pokazać, jacy sami jesteśmy dzielni, odkrywczy i przenikliwi, namolnie epatując czytelnika swoim ego. Białas jest zbyt inteligentny, żeby wpaść w taką pułapkę.

Kiedy jednak trzeba przywalić, to trzeba, jak w opisie scenki w barze w jakiejś dziurze w Wisconsin. I, jak u Malickiego, komentarz zbędny, autor ogranicza się do przedstawienia przebiegu „wydarzeń”:

Ludzi nie ma, są za to drzewa. Dużo wysokich drzew. Zapach sosen i żywicy. Droga. Wreszcie jest i osada: Sobieski. Wchodzę do baru. Wypchane ptaki i borsuki. Poroża na ścianach. Przy barze siedzi trzech klientów, nad nimi wiszą trzy telewizory. Na każdym ten sam program: polowanie. Jem frytki, a tymczasem na trzech ekranach właśnie dogorywa postrzelony jeleń. Myśliwy podchodzi do zwierzęcia w agonii i podnosi mu głowę ruchem, który sugeruje, że jeleń jest dla niego kilkudziesięciokilogramowym kotletem, który jeszcze nie zdążył umrzeć. Zwierzę odwraca wzrok od kamery, ale kamera nie odwraca się od jego mętniejących oczu. Myśliwy trzyma poroże w krzepkich dłoniach i mówi z trzech ekranów: „Coś wspaniałego!”

Celną ironią jest uwaga o pożegnalnej kolacji pokonferencyjnej gdzieś w Tennessee, podczas której lokalny dziennikarz prawi o dramacie segregacji, a wszystkimi bez wyjątku kelnerami są Afroamerykanie. A skoro już o smutnej przeszłości mowa, to warto przytoczyć za autorem streszczenie notki prasowej o tym, że Ku Klux Klan wygrał apelację w sądzie, dzięki której mógł sprzątać pobocza autostrad i sprzątany przez siebie fragment opatrzyć stosowną tabliczką o utrzymywaniu czystości przez KKK.

Pękałem ze śmiechu, przeczytawszy, że autor wziął grób Presleya za plac zabaw jego córki. W Graceland – słusznie nazwanym przez autora „muzeum kiczu” można zobaczyć jeszcze „przestrzelony przez Elvisa telewizor Elvisa, siodła Elvisa, gacie Elvisa, samoloty Elvisa, wykładane złotem umywalki w samolocie Elvisa…”. Istny raj po prostu. Na trasie Białasa zdarzają się inne takie muzea, których treścią jest brak treści, np. „Szopa Johna Browna” w Nebraska City. Szkoda jednak, że w swej wielkiej podróży przez Zachodnie Wybrzeże autor ominął Oklahomę i zapierające dech w piersiach wielkie muzeum indiańskie Woolaroc niedaleko Bartlesville – tam by się przekonał, że Amerykanie robią też naprawdę fajne muzea.

Nie zabrakło tu wątków polskich, np. o „polskiej stolicy Nebraski”, Loup City, w której w czasie Wielkiego kryzysu lat trzydziestych Polacy rozpędzili pracowników przetwórni drobiu, usiłujących założyć związki zawodowe. Są też inne polskie smaczki, ale nie chcę ich tu wszystkich zdradzać.

Sporo w tej książce wątków literackich, autorowi, filologowi, każde miejsce coś mówi, każde z jakimś autorem czy książką się kojarzy. Musi być fajnie tak podróżować, z nieodstępującymi cię duchowymi przyjaciółmi.

[1] B. Malinowski, Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu, opracowała Grażyna Kubica, Wydawnictwo Literackie, 2007

Zbigniew Białas, Nebraska, wyd. MG, 2016.

 

Advertisements

Otagowane:, , , , , , , , , , , ,

One thought on “Swojska Ameryka

  1. Myszak Czerwiec 16, 2017 o 6:10 am Reply

    Wiele razy się zastanawiałem czy nie kupic tej książki. Zawsze- nie pamiętam już co to było- mowilo nie… Ale teraz? Hmmmmmm….

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: