Czy prawdziwych brujos już nie ma?

„Nowe Książki” (12/2018)

Meksyk w reportażach żyjącej tam Oli Synowiec jawi się jako nieustanny spektakl dziwności, wymyślonych tradycji i sponsorowanej przez państwo zdegenerowanej, skomercjalizowanej wersji ludowej duchowości.

To całkiem niezły rok dla literatury indianistycznej po polsku. Mieliśmy solidny reportaż o krwawej kampanii przeciw Osedżom z Oklahomy sto lat temu, poruszający tym bardziej, że tym razem nie chodziło o klasyczną kolonizację, osadników wdzierających się na indiańskie ziemie i kawalerię, która w ramach ochrony tychże szarżowała na indiańskie wioski. Powieść o Osedżach ukazała istnienie „postawy kolonizacyjnej” nawet wśród bogobojnych, cywilizowanych, szanowanych obywateli, którym nie przeszkadzało, że ich indiańscy sąsiedzi giną w kolejnych zamachach…

Była pasjonująca opowieść o Królu Filipie – niezbyt wybitnym wodzu, Purytanach, Pokanoketach i Narragansettach, dramacie z początków kolonizacji, którego – jak uważa autor, Nathaniel Philbrick, można było uniknąć.

Mieliśmy bardzo fajną, pisaną lekką ręką, reportażową książkę Macieja Jarkowca z Pine Ridge, obficie posiłkującą się biografią Russella Meansa. Fajną – niezależnie od usterek rzeczowych i czasem zbyt łatwych wniosków.

Czwartą ważną książką są reportaże Oli Synowiec z Meksyku, o rozmaitych przejawach religii alternatywnych, nie-katolickich. (Piątą, o której więcej na początku przyszłego roku, jest „Szkoła w amazońskiej puszczy” Tarzycjusza Bulińskiego. Monumentalna, arcyciekawa monografia antropologiczna Indian zwanych E’ñepá – wyjątkowa sprawa w polskiej indianistyce, ubogiej w książki polskich autorów, oparte na etnograficznych badaniach w terenie wśród amerykańskich tubylców).

Dzisiaj o książce Oli Synowiec. Celem autorki było „opowiedzenie o wierze we współczesnym Meksyku” i nowych zjawiskach religijnych wypierających katolicyzm. Dociera ona do ośrodków ludowej religijności, wysłuchuje zielarzy, szamanów, urzędników oraz uczestników ceremonii. Poszukuje czegoś głębszego i trwalszego niż moda, reklama i „duchowość” mierzona w setkach czy tysiącach pesos – opłat za „usługi duchowe”.

Kiedy autorka opowiada o ludziach, którzy porzucają skostniały, patriarchalny katolicyzm na rzecz jednego z rzekomo bardziej sprawiedliwych, bliższych biednemu człowiekowi odłamów protestantyzmu, okazuje się, że dla wielu „przemiana” sprowadza się do politycznej walki o przetrwanie silniejszych i dokopywania słabszym. Chyba najbardziej gorzkim przejawem cynicznego wykorzystania religijnej gotowości mas jest historia „królowej Reginy”, patronki meksykańskich newageowców, powtarzających bzdury o jej tybetańskiej edukacji i nadprzyrodzonych mocach, o której sztuki wystawia się nawet w Japonii. „Królowa Regina” w rzeczywistości była jedną z setek młodych osób zastrzelonych podczas demonstracji 1968 roku w Tlatelolco.

Zdumiewająca jest opowieść o tym, jak koncernowi Coca-Cola, przy aktywnym wsparciu ówczesnego prezydenta Meksyku Vicente Foxa, byłego pracownika firmy, udało się ugruntować wśród Meksykanów przekonanie o leczniczych mocach produkowanego przez nich napoju („zabija złego ducha”), dzięki czemu wyparł używany wcześniej w ceremoniach sfermentowany pox. Rezultat? W regionie Los Altos de Chiapas zaczyna brakować wody pitnej (jej większość wykorzystywana jest w fabrykach Coca-Coli), a liczba zachorowań na cukrzycę przybiera rozmiary epidemii. Ludzie, dosłownie uzależnieni od coca-coli, gotowi są cierpieć głód, byle tylko móc regularnie napić się słodkiego napoju z bąbelkami. Synowiec podaje zastraszające dane: na świecie jedna osoba spożywa średnio sto szklanek coca-coli rocznie. W Los Altos de Chiapas – 3285 szklanek, czyli ponad dwa litry dziennie.

Nawet w przypadku interesująco i z sympatią opisanych w tej książce meksykańskich rodzimowierców, usiłujących wskrzesić prekolumbijskie kosmowizje, trudno oprzeć się wrażeniu jałowości ich starań.

Jednym z niewielu wyjątków jest weteran José Luis, który na prośbę autorki wraca po 20 latach do Huatli de Jiménez, miejsca, w którym uczestniczył w seansach spożywania halucynogennych grzybów, by ze smutkiem obserwować utratę jego mocy.

Meksyk w reportażach żyjącej tam Oli Synowiec jawi się jako nieustanny spektakl dziwności, wymyślonych tradycji i sponsorowanej przez państwo zdegenerowanej, skomercjalizowanej wersji ludowej duchowości. Wydaje się, że cepeliada to element budowania meksykańskiej narodowej tożsamości.

Smutny jest zebrany przez autorkę katalog gwałtów na kulturze duchowej dokonywanych przez przemysł rozrywkowy, wielki biznes, instytucje państwowe, zagranicznych turystów i samych Meksykanów. Czy pod tą przaśną, pseudoreligijną hucpą, albo gdzieś obok niej, nie ma nic realnego, znaczącego? Nie uchowała się choć jedna niezglajszachtowana tradycja? Czy pozostało już tylko, jak ujęła to Synowiec, „odgrywanie autentyczności”?

Więcej o książce Oli Synowiec, Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk; Wołowiec: Czarne, 2018 w najnowszym numerze miesięcznika „Nowe Książki” (12/2018)
Reklamy

Otagowane:, , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: