(Prawie) poza granice albo Amerykański mit, wersja życiowa

Bohaterka nie puszcza się, jak protoplaści amerykańskiego narodu, w wilderness, by je okiełznać, lecz po to, by uciec: od byłego męża-niedorajdy, od pacjentów i ich adwokatów, od przeszłości, gdy złymi radami decydowała o czyimś życiu (a konkretnie śmierci). I od życia w małym miasteczku na amerykańskim zadupiu.

„Ironiczna, pełna humoru” – tak zaczynają się setki recenzji książek, których – właśnie przez te recenzje – nigdy nie przeczytam. Ale co zrobić z Eggersem i jego „Bohaterami pogranicza”, skoro to naprawdę książka cudownie ironiczna i pełna wisielczego humoru? A prócz tego po prostu mądra.

Zawiązanie „akcji”: matka wyjeżdża z dwojgiem dzieci na Alaskę, z odległego Kansas czy innego Ohio (w sensie: przysłowiowego zadupia na Środkowym Zachodzie). Jest to decyzja dramatyczna, choć nie w sensie właściwym powieściom sensacyjnym czy filmom drogi. Bohaterka nie ucieka przed mafią ani nie zwiewa ze zrabowanymi z banku pieniędzmi. Ucieka, ponieważ szlag ją trafił na wieść o tym, że jej były mąż zamierza wziąć znowu ślub. I to na słonecznej Florydzie. Ten sam, który przez parę lat przed ślubem powtarzał jej, że małżeństwo to przeżytek, a gdy już do niego doszło, nie potrafił być ani partnerem, ani ojcem dzieci. Zawsze bez pracy, nigdy przy dzieciach, jedyne, czym się odznaczał, to godzinami spędzanymi każdego dnia w ubikacji.

W tej sytuacji wyjazd na mroźną Alaskę, czyli do diagonalnie najbardziej odległego – jeśli chodzi o Stany – punktu (spójrzmy na mapę USA!) jest oczywiście jedynym sensownym rozwiązaniem. „Niemal poza granice Ameryki Północnej”, jak ironicznie (kurde no) zauważa narrator.

Josie, jak większość kolonistów dwa wieki wcześniej, jedzie owszem, ze wschodu na zachód.  Tyle że nie jest zdobywczynią, lecz uciekinierką. Nie puszcza się, jak protoplaści amerykańskiego narodu, w wilderness, by je okiełznać, lecz – jak już wspomniałem – po to, by uciec: od byłego męża-niedorajdy, od pacjentów i ich adwokatów (zmuszona oddać pacjentce swój biznes po tym, jak została oskarżona o niewykrycie u niej raka jamy ustnej), od przeszłości, gdy złymi radami decydowała o czyimś życiu (a konkretnie śmierci). I chyba też od życia w małym miasteczku, z nachalnymi sąsiadami i szkołą syna, zamienioną przez mamusie i tatusiów jego kolegów w laboratorium hipokryzji i obłudy. Któż z nas nie zna nadgorliwych opiekunów, realizujących się podczas szkolnych przedstawień swoich pociech oraz licznych dodatkowych, „nieobowiązkowych” spotkań w ramach lepszej integracji szkolnej społeczności? Autorów szkolnych scenografii i scenariuszy, dziesiątków innowacyjnych programów, odpowiedzialnych za tysiące zmarnowanych godzin… Zwykłe życie po prostu, którego Josie ma dość. Ucieka, choć nie bardzo wie, dokąd chciałaby dotrzeć.

W podróży po Alasce wynajętym rozklekotanym camperem towarzyszą Josie wychylane jeden za drugim kieliszki pinot bianco oraz lektura znalezionego w pojeździe zamierzchłego numeru pisma „Old West” z opowieściami o pierwszych pionierach i listami ich potomków proszącymi redakcję o pomoc w zdobyciu nowych informacji o przodkach.

Dzieci Josie. Pięcioletnia Ana, stanowiąca dla siebie i całego otoczenia nieustanne zagrożenie (spuszczona na chwilę z oka może utopić się albo na przykład wysadzić kamper w powietrze) i starszy Paul, bezkrytycznie opiekuńczy dla siostry i krytyczny wobec matki, która faktycznie jest dość ekscentryczna jak na rodzicielkę.

Oczywiście to nie Alaska okazuje się prawdziwym celem bohaterki. Nie chodzi przecież o miejsce to czy inne.  A jednak „alaskańska przygoda”, z szalejącymi wokół pożarami (którego jednakowoż szaleją, z wyjątkiem finału, jakoś tak obok trójki bohaterów, stanowiąc i nie stanowiąc zarazem zagrożenia), podsuwa Josie rozwiązanie, pomaga chyba wyjaśnić parę spraw. Na przykład zrozumieć to, czego wcześniej nie była pewna: że są prawdziwą rodziną i że mogą zawsze na siebie liczyć, dzieci na nią, a ona na dzieci, nawet jeśli któreś z nich czasem popełnia poważne błędy. Albo to, że bohaterstwem jest odpowiedzieć dziecku „nie wiem”, a tchórzostwem bajdurzyć. W pożarze tracą kamper i wszystkie pieniądze. I nie bardzo wiadomo, co będzie dalej. Mimo to „To było dobre, prawda?”, stwierdza na koniec Paul po szczęśliwej ucieczce przed płomieniami. I byłoby to solidne, przekonywujące zakończenie. Zaraz jednak wybrzmiewa ostatnie zdanie powieści: „Potem jednak zawsze nadchodzi jutro”, niwelując jakby ten moment jedności, poczucia pełni, rodzinnego katharsis. Optymizm amerykańskiego mitu w wersji Eggersa okazuje się bardzo umiarkowany.

Dave Eggers, Bohaterowie pogranicza, tłum. Marek Fedyszak, wyd. Sonia Draga, 2017

Reklamy

Otagowane:, , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: