Miłość w czasach głodu i ludobójstwa

Bartosz Hlebowicz

Ameryka unurzana we krwi i pogrążona w chaosie. Dni bez końca Sebastiana Barry’ego to rozrachunek z ponurą historią Stanów Zjednoczonych i delikatna opowieść o miłości.

Wielka, mitotwórcza opowieść o kolonizacji Ameryki to historia kształtowania się młodego, prężnego narodu, który wydarł dziczy, uosabianej przez nieprzeniknione lasy, wezbrane rzeki, skaliste kaniony oraz watahy wilków i Indian, jej dzikość i znojną pracą setek tysięcy osadników przemienił ją w Cywilizację.

Jest też wielka kontrnarracja, mówiąca o zagładzie, eksterminacji i holokauście Indian, upadlanych, seryjnie mordowanych i zarażanych najrozmaitszymi chorobami przez białego człowieka, ukazująca, że koszta moralne wprowadzenia Cywilizacji były bardzo wysokie i że przynajmniej w wymiarze etycznym tworzenie państwa amerykańskiego nie miało nic wspólnego z postępem.

Obie narracje oczywiście wykluczają middle ground, wspólny teren, płaszczyznę porozumienia, wszelkie szarości, subtelności i złożoności. I nie, nie chodzi o to, że „prawda zawsze leży pośrodku”, bo nigdy nie leży (o czym przekonują chociażby klasyczne już rozprawy historyków: The Middle Ground Richarda White’a czy The Legacy of Conquest Patricii Nelson Limerick). Ale usuwają z pola widzenia szereg „wariantów prawdy” i skomplikowań przeszłości. Historia Stanów Zjednoczonych zna jednak takie okresy, których inaczej niż w czarno-białych barwach opisać się nie da. Takim okresem była gorączka złota w Kalifornii, lata 1846-1873, kiedy to ćwierć miliona zalewających tę krainę osadników uznało, że warunkiem ich nowego szczęśliwego życia jest zniewolenie, a na koniec eksterminacja tubylczej ludności. Odkąd USA zabrały Meksykowi Kalifornię w 1848 r., a w Sutter’s Mill w tym samym roku odkryto złoto, w ciągu dwudziestu dwóch lat licząca grubo ponad 100 tys. populacja kalifornijskich Indian zmalała do 35 tys. Biali imigranci potraktowali Indian jak gorszy gatunek, który należy podbić, wykorzystać i unicestwić. Porywanie dzieci, gwałcenie kobiet, głodzenie, torturowanie i mordowanie Indian stało się codziennością, sankcjonowaną przez władze stanu i kwitowaną wzruszeniem ramion przez Kongres USA i armię federalną. Yurokowie o tym okresie mówią: „czas, kiedy spadły gwiazdy”, a świat został wytrącony z równowagi.


W Dniach bez końca Sebastiana Barry’ego mamy do czynienia właśnie z tą drugą, tragiczną narracją o historii Stanów i Indian, kiedy świat za sprawą białych imigrantów pogrążony jest w chaosie. Nagradzany irlandzki pisarz niezwykle sugestywnie opisuje epizod tzw. wojny z kalifornijskimi Indianami, która w istocie nie była wojną, lecz serią jednostronnych masakr. „Wiedzieliśmy w głębi serca, że nasza robota to Indianie”, opowiada narrator, Thomas McNaulty, irlandzki imigrant, który po utracie rodziny ucieka przed głodem do Kanady. McNaulty to amerykański Kandyd, tak jak wcześniej Mały Wielki Człowiek Thomasa Bergera. Obydwaj rzuceni w chaos okrutnej historii, przyglądają się jej i opisują z nieco naiwnym zdumieniem i czasem ironią. „Ci z Kalifornii chcieli się ich pozbyć (…). A wtedy cywilom płacili dwa dolary od skalpu, na rany Chrystusa! Ciekawy sposób na zarabianie pieniędzy na karty, nie ma co. Ochotnicy wsiadali na konie i odstrzeliwali głowy za jakieś sześćdziesiąt dolarów (…)”.

Wezwani na pomoc przez osadników żołnierze w opętańczym rytmie przebijają bagnetami kobiety i dzieci z kalifornijskiego ludu Yokutów. Była to akcja odwetowa za kradzież muła – ze słów miejscowych, opowiada narrator, „wynikało, że był to najbardziej rasowy muł na świecie”. Żołnierze kłuli we mgle, dziwiąc się, że Indianie nie stawiają oporu. Gdy rozwiał się dym, „dojrzeliśmy ostatecznie rozmiar naszego triumfu”: na „polu bitwy” leżały trupy kobiet i dzieci, ani jednego wojownika.

Przerażające opisy zbrodni oddziału McNaulty’ego wyznaczają rytm tej książki. Bohater-narrator i jego kompan i kochanek John Cole, karnie wypełniając bezrozumne rozkazy oficerów, uczestniczą w masakrach Indian, nawet jeśli nie czerpią z tego przyjemności na równi z innymi („… czymże jest ten nagły smutek, ten smutny ciężar? Który nas przygniata (…) Strzelamy w złości na ten dziwny smutek, ale też mściwie, wściekle, jak żołnierze celowo i w zupełności unicestwiający wroga. Nic poza tym nie zaspokoi naszego pragnienia. Nic poza tym nie zaspokoi naszego głodu (…)”).

Podobny los co osadę Yuroków spotka wieś Siuksów wodza Najsampierw Schwytał Konia. Żołnierze mordują niemal wszystkich, zaprzestając rzezi dopiero, gdy przy życiu pozostaje kilka indiańskich dziewczynek, w tym córka wodza, któremu udało się uciec. Parę miesięcy wcześniej ci sami Indianie uratowali żołnierzy od głodu, zostawiając wycieńczonym oprawcom, którzy zboczyli z szlaku, bizonie mięso („Cholernie głupie Indiańce, kojoty mają więcej rozumu”). Najsampierw Schwytał Konia to najbardziej tragiczna postać w tej powieści. Gdy już się wydaje, że kolejna zdrada ze strony białych jest ostateczna, przychodzi następna, jeszcze potworniejsza. Po tym, jak wódz traci w masakrze całą swoją grupę, podczas rozejmu żołnierze zabijają ostatnie pozostałe przy życiu dziecko. A gdy staje na czele nowej grupy, znowu tuż po zawarciu pokoju żołnierze skrupulatnie realizują rozkaz oficera: „wyrżnąć ich wszystkich!”.


Irlandzcy imigranci masakrują Indian, irlandzcy imigranci służący w armiach Unii i Konfederacji wybijają się nawzajem na polach bitwy wojny secesyjnej. Wszechobecny głód napędza działania bohaterów: Irlandczyków zmusza do imigracji, żołnierzy do błagania o pomoc, Indian do ataków na emigrantów. Sieje jednakowo spustoszenie wśród wziętych do niewoli unionistów i ich strażników w słynnym obozie w Andersonville, w Georgii. Powstanie Ameryki w ponurej wizji Barry’ego to wyścig szczurów, walka o przetrwanie biedaków, rzucanych do walki jedni przeciw drugim. „Byliśmy nikim. Nikt nas nie chciał (….). Byliśmy zarazą. Ludzkimi szczurami. Głód odbiera wszystko, czym się jest”. Czy dlatego właśnie wynędzniali imigranci tak ochoczo mordowali Indian? Bo dzięki temu stawali się w swoim mniemaniu kimś lepszym?


Dni bez końca to nie tylko rozrachunek z historią Ameryki. To także opowieść o miłości – McNaulty’ego i Cole’a, drugiego obdartusa i obieżyświata, a także ich obu do Winony, indiańskiej dziewczynki, jedynej ocalałej z grupy Najsampierw Schwytał Konia, dla której stają się przybranymi rodzicami. Homoseksualizm i wzajemna miłość dwóch mężczyzn nie jest tu ani dramatem egzystencjalnym, ani powodem rozchwiania tożsamości. Tom bierze przykład z siuksyjskich berdache: jest kobietą w łóżku i w domu, a bezwzględnym zabójcą na polu walki. Jak to często w kulturze popularnej i historii amerykańskiej (te dwie rzeczywistości często tak mocno się splatają, że nie sposób ich odróżnić) bywa, Indianie znikają, ale nie całkiem: ich umiejętności i ducha przejmują biali bohaterowie pogranicza, od Sokolego Oka i Daniela Boone’a począwszy, przez Davy’ego Crocketta, Kita Carsona, Ethana Edwardsa (John Wayne w Poszukiwaczach Johna Forda), po Samuela Jonesa (Tommy Lee Jones jako Apacz z wyboru w Zaginionych Rona Howarda) i częściowo właśnie Toma McNaulty’ego.

Niezwykła to historia, pełna nagłych zwrotów akcji, opowiedziana stylizowanym na kolokwialny językiem, zarazem pełnym liryzmu i gorzkiej ironii („był wyjątkowo miłym człowiekiem, naprawdę taki był”, ocenia narrator kawalerzystę Watchorna, by kilka stron dalej opisać, jak gwałci i morduje Indiankę, która dopiero co przeżyła urządzoną przez żołnierzy masakrę. Przy okazji: znakomite tłumaczenie Jędrzeja Polaka). Ocalenie Winony oraz przetrwanie niezwykłej, gejowsko-indiańskiej rodziny w dzikim świecie białego człowieka trudno jednak uznać za happy end tej przerażającej historii, w której początek narodu oznaczał schyłek człowieczeństwa i unicestwienie świata tubylców.

Sebastian Barry. Dni bez końcaprzeł. z ang. Jędrzej Polak, Warszawa: W.A.B., 2019

Sebastian Barry, Dni bez końca, wyd. W.A.B. 2019

Na zdjęciu: Kobieta z kalifornijskiego ludu Yuki w żałobie, około 1924, autor Edward S. Curtis (źródło Biblioteka Kongresu USA).

Reklamy

Otagowane:, , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: