Choroba kanibali

Dahr Jamail, były korespondent z Iraku, który w swych reportażach przestrzegał przed fatalnymi skutkami wywołanej przez Stany Zjednoczone wojny, w książce Koniec lodu zdaje relację z odbywającej się na naszych oczach katastrofy planety Ziemia. Jamail nie pisze o „zmianach klimatu”, lecz o „antropogenicznym, czyli spowodowanym przez człowieku, zaburzaniu klimatu”. I już przed niczym nie przestrzega – jego zdaniem na wszelkie ostrzeżenia jest za późno: „Nie da się wyciągnąć z oceanów ciepła, które tam wtłoczyliśmy, ani 40 miliardów ton dwutlenku węgla z atmosfery, wpompowywanych w nią co roku”.

Książka znakomita, choć lektura nie jest przyjemna, bo na prawie trzystu stronach gęstego tekstu Jamail zebrał niezliczone przykłady i dowody destrukcji naszej planety. Część z nich – cofanie się lodowców – zaobserwował na Alasce, gdzie przez 25 lat mieszkał oraz pracował jako przewodnik i ratownik górski.

Koniec lodu ma formę reportażu: autor odwiedza różne newralgiczne miejsca na całym globie, opisuje stan zaniku fauny i flory, rozmawia z ekspertami badającymi lokalną przyrodę, którzy, podobnie jak autor, przekonani są o zbliżającym się kresie takiego życia, jakie znamy.

„Zdecydowałam się nie mieć dzieci, bo nie widzę dla nich przyszłości. Myślę, że to już koniec”, mówi doktor Rita Mesquita, biolożka działająca w Amazonii, opowiadająca autorowi o degradacji lasów tropikalnych. Obszary te, zdziesiątkowane i wymęczone przez człowieka (a konkretnie korporacje, którym kolejne rządy pozwalają na niepowstrzymaną wycinkę i celowe wzniecania pożarów), nie są już w stanie pełnić naturalnej roli pochłaniacza gazów cieplarnianych, lecz uwalniają je do atmosfery. Tylko w 2010 roku uwolniły tyle dwutlenku węgla, ile Rosja i Chiny (obok USA i Indii najwięksi truciciele świata) razem wzięte. Podobnie w truciciela zamieniają się lasy kalifornijskie.

Do 2050 roku zniknie większość raf koralowych, choć niektóre z nich istnieją (istniały!) od 20 milionów lat. Wszystkie nasze oceany zatrute są toksycznymi zakwitami alg, co jest skutkiem ocieplania się tych akwenów. Temperatura woda w Zatoce Alaski w 2016 r. wzrosła co najmniej o 5 stopni, w niektórych jej obszarach nawet o 15. Toksyny z kolei wpływają destrukcyjnie na cały łańcuch pokarmowy. Za ich sprawą znikają całe gatunki, od łososi po foki. Inne gatunki zwyczajnie trują. Ktoś, kto chciałby dziś wybrać się na Aleuty, by spożyć tamtejszą rybę, ryzykuje życiem.

Nawet gdybyśmy natychmiast zaprzestali emisji gazów cieplarnianych, oceany potrzebowałyby 25 tys. lat, żeby wchłonąć to, co aktualnie unosi się w atmosferze. Do końca tego stulecia zniknie większość lodowców wysokogórskich świata. Temu, kto zlekceważy – jako „wróżenie z fusów” – te przewidywania, być może do wyobraźni przemówią aktualne statystyki: co roku na świecie znika 50 lodowców, lodowcom Alaski co roku ubywa 75 miliardów ton lodu.

Od badaczy Gór Skalistych Jamail dowiaduje się o przyczynach coraz częstszych pożarów. Lodowce powstrzymują m.in. ekspansję drzew w górnych rejonach. Gdy lodowiec się cofa, lasy zaczynają zajmować coraz wyższe partie gór. To z kolei zagraża istnieniu górskich łąk i wielu gatunków roślin i zwierząt. Więcej drzew wysysa więcej wody z potoków. Mniej wody w glebie, podczas gdy wokół jest coraz więcej potencjalnego paliwa – oto przepis na pożar.

Z powodu ocieplenia i ogólnego zaburzenia klimatu coraz więcej opadów na świecie przybiera formę deszczu, a nie śniegu. To oznacza, że góry i lodowce przestają pełnić rolę magazynów wilgoci, woda w formie rzek spływa do mórz zamiast służyć porastającym góry roślinom i zwierzętom. A górskie ekosystemy dostarczają aż 85 proc. wody potrzebnej człowiekowi. Innymi słowy, setki milionów ludzi na całym świecie już odczuwa skutki topnienia lodowców, chociażby w postaci podnoszących się cen żywności, nie mówiąc o takich zjawiskach jak masowy exodus ludzi z coraz szybciej wysychających obszarów. Arabska wiosna była m.in. reakcją na wywołany suszą wzrost cen żywności.

Według najnowszych obliczeń, ubywanie lodu i coraz szybsze ocieplanie się Ziemi oraz coraz dłużej trwające susze utrudnią dostęp do wody i pożywienia ponad półtora miliarda ludzi. Oto prawdziwy „kryzys uchodźczy”, który czeka populację Ziemi w najbliższych latach.

W tym kontekście żałosne muszą się wydawać ogłaszane w różnych miejscach świata „sukcesy” rządów, polegające na zablokowaniu na morzu albo na przejściu granicznym jakiejś grupki migrantów, wybudowaniu muru wzdłuż granicy albo o odmowie wpuszczenia na swoje terytorium paru setek osób ubiegających się o azyl. Oto na przykład dumne Indie już postawiły na granicy z Bangladeszem ogrodzenie przeciwko „uchodźcom klimatycznym” i do jego pilnowania wysłały 80 tys. żołnierzy. Żadnej katastrofy w ten sposób się nie powstrzyma, co najwyżej odbierze nadzieję garstce nieszczęśników.

Kolejnym problemem, o którym opowiada autor i jego interlokutorzy, jest zalewanie przybrzeżnych terenów spowodowane podnoszeniem się poziomu oceanów. W najbliższych dekadach zatopiona zostanie całkowicie Delta Nilu, Indonezja straci około 1,5 tys. wysp. Niedługo „wszystkie dzisiejsze linie brzegowe znajdą się pod wodą”. Kwestią czasu jest zatopienie Florydy. „Jaka moralność pozwala ludziom nie dostrzegać tego, co się dzieje?” – pyta jeden z rozmówców Jamaila, doktor Philip Stoddard, burmistrz South Miami, a arazem biolog pracujący na tamtejszym uniwersytecie. I opowiada o tym, jak gubernator Florydy, republikanin, regularnie obcina fundusze na kanalizację miejską.

Odpowiedzi udziela wspomniana już dr Mesquita – chodzi o brak poczucia więzi z zamieszkiwaną planetą: „Nawet w Manaus dzieci nie rozumieją, że mieszkają w Amazonii. Nie czują bliskości z niczym”.

A gdy zdruzgotany czytelnik dociera do ostatnich partii książki, w płonnej nadziei, że na koniec otrzyma garść porad, jak powstrzymać albo chociaż opóźnić zagładę, autor przypomina: trujący planetę dwutlenek węgla wcale nie jest najgorszy. W każdej chwili globalną katastrofę może gwałtownie przyśpieszyć emisja metanu odkładającego się w podwodnych zmarzlinach płytkich mórz Arktyki. Wystarczy trzęsienie ziemi albo roztopienie się wiecznej zmarzliny.

„Jako gatunek znajdujemy się na krawędzi przyszłości, którą sami sobie geoinżynieryjnie stworzyliśmy. Uporczywie obstajemy przy tym, by z niepohamowanym apetytem pożerać przyrodę”, komentuje autor. Jeden z jego przewodników, Donald Blankenship z Uniwersytetu w Teksasie, badający lodowce na Morzu Amundsena, mówi: „Lonty zostały zapalone. My tylko biegamy w kółko, starając się zaznaczyć pola minowe na mapach”.


Dahr Jamail, Koniec lodu. Jak odnaleźć sens w byciu świadkiem katastrofy klimatycznej, tłum. Aleksandra Paszkowska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Recenzja pierwotnie ukazała się w miesięczniku „Nowe Książki” 1/ 2021.

 

Otagowane:, , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: