NIEKOŃCZĄCY SIĘ LOCKDOWN. Powrót do zapomnianego centrum Italii

Amatrice, sierpień 2020, fot. BH

Język wojenny jest tu bardziej adekwatny. Główna ulica, Corso Umberto I oraz wszystkie domy wzdłuż, a także wszystkie biegnące równolegle i w poprzek do niej, zniknęły. Corso Umberto jest dziś wyżłobionym pośród rumowisk, wylanym asfaltem lejem – jedyna z nielicznych naprawdę nowych „konstrukcji” w tym mieście-widmie.

Cztery lata temu, 30 października 2016 roku, kolejne trzęsienie ziemi szarpnęło centralnymi Włochami. Był to już trzeci cios w tamtym roku, wcześniejsze nastąpiły 24 sierpnia i 26 października, a więc zaledwie cztery dni wcześniej. Ten trzeci wstrząs, z epicentrum w Norcii, był najpotężniejszy, dopełnił dzieła zniszczenia, powodując m.in. upadek słynnej katedry św. Benedykta w centrum Norcii. Potem jeszcze przyszedł kolejny cios, w styczniu następnego roku.

Pogranicze Lacjum, Abruzji, Umbrii i Marcji. Ciężko bijące serce Włoch, o których rzadko piszą gazety, chyba że przy okazji kolejnych trzęsień ziemi. Seria sprzed czterech lat złamała kręgosłup Włoch, rujnując wiele osiedli w środkowych Apeninach. W całym regionie zniszczonych zostało ponad 80 tys. domów. Do dziś zrekonstruowano zaledwie 5,3 tys. Z półtora tys. budynków publicznych odbudowano zaledwie 86. Tysiące ludzi do dziś żyje w tymczasowych osiedlach w dolinach gór. Zginęło 300 osób.

Ci, co przeżyli, nie liczą na wiele. Niektórzy próbują urządzać się w tymczasowych osiedlach w dolinach. Nie wiedzą, czy kiedykolwiek odzyskają swoje domy. Inni po prostu trwają w pustoszejących wioskach.

Byliśmy tu w sierpniu tego roku. Lasy znowu pokrywają uprawne do niedawna zbocza, gąszcz zarasta leśne ścieżki, stalowe i drewniane konstrukcje podpierają opuszczone domy w wioskach, centra miast zamieniły się w gruzowiska.

MIASTO WŁOCHÓW, KTÓREGO NIE MA

Pierwsze trzęsienie miało miejsce w nocy 24 sierpnia. Pod jego ciosami padły m.in. Accumoli i Amatrice. Kolejne wstrząsy – dwukrotnie pod koniec października. Jakby tego było mało, ziemia rozszalała się jeszcze raz 18 stycznia 2017 r. W Amatrice, już w poprzednich razach zamienionym w kupę ruin, runęła dzwonnica – ostatnia budowla, która jako tako stawiała opór oszalałej ziemi.

Przejeżdżamy przez Amatrice. Pisząc to zdanie, już popełniam nieprawdę. Bo Amatrice nie ma. Żeby o nim mówić w czasie teraźniejszym, potrzeba literackiego uniesienia i niczym nieumotywowanego optymizmu. Po seriach ciosów sprzed czterech lat miasteczko już się nie podniosło. Bo trudno o okrąglaku z drewna i betonu, robiącym dziś za galerię handlową, naprędce wzniesionym na wzgórzu za miastem (tzn. za byłym miastem, bo dzisiaj tu właśnie jest „miasto”) mówić jako o znaku powrotu do życia. Przychodzi mi do głowy zgrabny zwrot „popękane miasto”, ale nie jest on trafny. Popękane jest Santa Croce czy kilka innych wokół Amatrice. Samo Amatrice to miasto zrujnowane, przypominające powojenne zgliszcza. Większość ofiar trzęsienia z 2016 r. zginęła właśnie w Amatrice.

Tak, język wojenny jest tu bardziej adekwatny. Główna ulica, Corso Umberto I oraz wszystkie domy wzdłuż, a także wszystkie biegnące równolegle i w poprzek do niej, zniknęły. Nie można zresztą tędy przechodzić. U południowego wylotu tudzież wjazdu do nieistniejącego miasta, mniej więcej tam, gdzie kiedyś stał kościół św. Augustyna, stoją karabinierzy nieprzepuszczający przechodniów. Poniżej, od wjazdu od strony północnej, funkcjonariusze nie są potrzebni: po prostu nie da się tamtędy przejść. Corso Umberto jest dziś wyżłobionym pośród rumowisk, wylanym asfaltem lejem – jedyna z nielicznych naprawdę nowych „konstrukcji” w tym mieście-widmie. Inną jest okazała siedziba firmy, która kieruje „odbudową” miasta. Cała reszta, jak np. szkoła podstawowa, odbudowywane są w nowych miejscach, daleko od miasta. W tym roku szkoła w Amatrice nie zaczęła pracy 14 września, jak inne szkoły w Lacjum. Powodem jednak nie było trzęsienie, lecz brak nauczycieli.

Lejem można tylko przejechać, co też robimy. Wcześniej, na górze, widać jeszcze kilka popękanych domów, dom spokojnej starości im. o. Giovanniego Minozziego, za nim otoczony stalową siatką kościół, podparty od strony fasady wielkimi żelaznymi prętami, z wyłupionymi fragmentami ścian. Wszystkie budynki z kilkumetrowymi wyrwami w ścianach, podtrzymywane drewnianymi konstrukcjami i opasane elastycznymi taśmami, chroniącymi od samorzutnego zawalenia się.

Niewielki park edukacyjny na obrzeżach byłego miasta, na samym szczycie, kiedyś przedstawiający turystom makietę Parku Narodowego Gran Sasso i okalających Amatrice gór – Monti della Laga oraz niewielkie rzeźby występujących tu zwierząt, dziś służy jako składowisko materiałów budowlanych. „Amatrice – miasto Włochów”, głosi napis na tablicy z wymalowaną pod spodem trójkolorową włoską wstęgą. Informacja dumnie zapowiadająca wjazd do miasta, którego nie ma, a którego niegdysiejsi mieszkańcy (tzn. ci, co przeżyli trzęsienie ziemi) dziś żyją w koloniach porozrzucanych po okolicy baraków, przypominających ten wzniesiony przy drodze, tuż za tablicą. Dumę zachowały jedynie niewzruszone szczyty Monti della Laga w tle, unoszące się nad parczkiem edukacyjnym i tablicą wjazdową.

„NIE RÓBCIE SELFIE Z RUINAMI”

Inny napis, tuż przed posterunkiem karabinierów, poza którym można poruszać się tylko samochodem, zabrania robienia selfie: „NO SELFIE – LUOGO DI RISPETTO!” – „miejsce, któremu należy się szacunek”. Napis, oraz dodany do niego czerwony wykrzyknik świadczą, że do takich incydentów dochodzi. Nie próbuję dociekać, co siedzi w duszy człowieka, który chciałby się upamiętnić w takim miejscu.

Sam jednak robię zdjęcia, na tyle, na ile się da dyskretnie. Oczywiście nie autoportrety. Aparat to mój notatnik, pomaga mi zapamiętywać. Fotografuję to, co kiedyś było kościołem św. Augustyna, a dziś przypomina jeżozwierza-monstrum – z powodu stalowych rur rusztowań sterczących z każdej strony ruiny. Albo na zakręcie, już u południowego wylotu miasta, kawał ściany – cztery lata temu było tu kino, teść, który spędził w tej okolicy dzieciństwo pamięta je jeszcze sprzed pół wieku. Po drugiej stronie ulicy – miejsce po klasztorze franciszkanów… Jeszcze niżej, na zakręcie, zrujnowany szpital, opasany pomarańczową siatką, czekający na rozbiórkę.

– Niemcy zapowiedzieli, że sfinansują budowę nowego – informuje teściowa – ale trwa spór, czy budować go tu, gdzie był, czy w nowym miejscu. Na razie więc nie ma szpitala w ogóle. Najbliższy znajduje się w Rieti, ponad godzinę jazdy stąd.

Cała reszta to jednolita pustynia gruzu, nie ma szans, żeby oko zahaczyło o szczegół pozwalający rozpoznać miejsce po konkretnym sklepie czy ulicy.

Tym razem nie zajeżdżamy do Sommati, frazione, czyli jednego z „okręgów” Amatrice. Tutaj regularnie teściowie przywozili nas, tzn. mnie i żonę, na amatricianę, czyli spaghetti z drobnymi kawałeczkami wieprzowego podgardla i sosem pomidorowym (z kolei z okolic Accumoli wywodzi się jego wcześniejsza, bezpomidorowa wersja griscia). Ich ulubioną tutejszą restaurację zniszczyło trzęsienie ziemi, ale właściciele wybudowali nową obok. Byliśmy tam jesienią zeszłego roku, smakowało jak zawsze. L’amatriciana przetrwała.

KAFEJKI WŚRÓD GRUZÓW I POŻAR W TLE

Koniec sierpnia. L’Aquila, stolica Umbrii. Bazylika Santa Maria di Collemaggio. Przepiękna, wzniosła, przestronna i wypełniony światłem jak większość kościołów z Południa, odbudowana kamień po kamieniu po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło miasto w 2009 roku. Leżąca poza centrum miasta bazylika jest wyjątkiem: w centrum większość budynków opleciona rusztowaniami, inne w gruzach. Jak po bombardowaniu. Tutaj terremoto miało miejsce 11 lat temu. Ale otwartych kilka kafejek, lodziarni, kręcą się turyści.

Podobnie jak wokół hiszpańskiej twierdzy z XVI w., mimo że pozostaje zamknięta od 2009 r. Od północnej strony widać samoloty zrzucające wodę nad płonącymi lasami miasta – pożar, celowo zaprószony, szaleje wokół miasta od 10 dni.

Niedaleko głównego placu, na uliczce między zrujnowanymi kościołami św. Marka i św. Augustyna, diler sprzedaje młodej parze narkotyki.

L’Aquilia, sierpień 2020, fot. BH

MOŻNA BYŁO BRAĆ, CO SIĘ TYLKO CHCIAŁO

Próbujemy zobaczyć średniowieczne opactwo San Clemente w Casauria. Zamknięte. Pan wyjeżdżający z motelu na przeciwko wyjaśnia, że tak jest od czasu lockdownu. Nie zapewniono wymogów bezpiecznego otwarcia. Ludzie protestują, bez skutku.

San Benedetto in Perilis, fot. BH

W południe docieramy do San Benedetto in Perilis, oprowadza nas rezolutny 10-letni Dżamal, którego spotykamy w miasteczku. Nie mieszka tu, lecz w L’Aqulia, tu przyjeżdża z rodziną na wakacje. Dżamal ma złamaną rękę – upadł biorąc zbyt szybko szczególnie niebezpieczny zakręt. Prowadzi nas do kolejnych kościołów – zamkniętych, odrestaurowywanych lub nie. Chcieliśmy zobaczyć przede wszystkim klasztor św. Benedykta. „To wielki kościół, w którym jest mnóstwo rzeczy”, opowiada nasz mały cicerone. Klasztor niestety też okazuje się zamknięty. Pracuje dźwig. Klasztor ucierpiał podczas tego samego trzęsienia ziemi co L’Aquila, ale z powodów biurokratycznych roboty ruszyły dopiero w tym roku, mimo że pieniądze na odbudowę i wzmocnienie świątyni znalazły się już w 2010 r.

W to senne popołudnie Dżamal towarzyszy nam cały czas, na uliczkach nie widać nikogo innego. Opowiada, że jest przywódcą całej bandy chłopaków i nie stracił swej funkcji mimo złamania ręki. A po trzęsieniu ziemi runęły ściany sklepu z zabawkami. „Można było wchodzić i brać, co się tylko chciało”.

MUSSOLINI ZA KONTUAREM

Campo Imperatore, fot. BH

Campo Imperatore, najpopularniejsza część parku Gran Sasso, czyli Wielkiego Kamienia. Co tu dużo gadać: wspaniałe, mimo że wspinamy się na szczyt, a potem schodzimy w towarzystwie paru setek innych turystów. W barze na samym dole zgrzyt: bez żenady wystawione na sprzedaż kalendarze z Mussolinim. Robię barmanowi i kalendarzowi zdjęcie. Skoro się nie wstydzi…

Skąd tutaj pogrobowcy małego Hitlera? To w Campo Imperatore uwięziono go po tym, jak Włochy zawarły rozejm z aliantami, i stąd wydostali go hitlerowcy, by postawić na czele marionetkowej Republiki Salo. Hotel, w którym więziono Mussoliniego, to wielki, brzydki i odrapany budynek – pierwszy, który widzą turyści po wjeździe kolejką na Campo Imperatore.

Wyjeżdżamy – i znowu widok zapierający dech w piersiach. Przed naszymi oczami roztacza się nagle preria. Podobne brązowe morze falujących pagórków widziałem kilkanaście lat temu w Dakocie Południowej. Nie przypadkiem pod Campo Imperatore kręcono tu sceny do Lo chiamavano Trinità – Nazywają mnie Trinity, popularnego włoskiego spaghetti-westernu, a raczej komediowej jego parodii.

Preria w okolicach Campo Imperatore, fot. BH (sierpień 2020)

Na zakończenie dnia wizyta w Bominaco, 30 km na południe od L’Aquila. Dwa stojące obok siebie, przepiękne kościoły benedyktyńskie. Z powodu koronawirusa na teren dawnego opactwa wchodzi się w 15-osobowych grupach. W rzeczywistości pani przewodnik wpuszcza 10 osób więcej. Cudowne freski w XIII-wiecznym oratorium San Pellegrino. Na przykład olbrzyma – św. Krzysztofa z małym Jezusem na ramieniu, a pod nim innego, przedstawiającego pustelnika okrytego wyłącznie własną brodą. Przewodniczka podkreśla, że ostatnie trzęsienie ziemi ominęło Bominaco. Najgorsze było to z 1703 r., którego zniszczyło część opactwa, odbudowaną potem w stylu barokowym.

Bominaco, sierpień 2020, fot. BH

CENTRALNY ZAKĄTEK ITALII

15 sierpnia, Ferragosto – Wakacje cesarza Augusta, czyli starożytne święto plonów. Nikt we Włoszech nie nazywa tego dnia Wniebowzięciem NMP. Podczas „wakacji Augusta” Włosi nie mogą sobie odmówić pikników na wolnym powietrzu, fajerwerków i generalnie łapczywego gromadzenia się na plażach i w pubach. Okrążamy Campotosto, jedno z najwyżej położonych sztucznych jezior w Europie. Nie da się zaparkować, bo całe wielkie jezioro obsiali Włosi grillujący na potędze przy drodze, którzy swymi kamperami zastawali zejścia nad brzeg.

Miasteczko Campotosto zdewastowane trzęsieniem ziemi, tym samym, które zmiotło z powierzchni ziemi Amatrice i Accumoli 24 sierpnia 2016 r. Gazety podają, że Campotosto zostało zniszczone w 70 proc. Nie zauważam pozostałych trzydziestu.

Campotosto, sierpień 2020, fot. BH

Dojeżdżamy do Santa Croce, półtorej godziny jazdy na wschód od Rzymu, 20 km. od Amatrice. Santa Croce jest w Lacjum, na granicy z Abruzją. Blisko stąd też do Umbrii i Marchii. Sam środek Włoch. Epicentrum naszej wyprawy. Mieszka tu 20-30 osób, a zimą jeszcze mniej, może cztery rodziny.

Trzydzieści domów, większość pusta. Niektóre zapełniają się latem, kiedy rodziny, które dawno temu wyemigrowały do Rieti czy Rzymu, wracają tu na wakacje. Tak jak rodzina mojego teścia. On sam spędził tu z matką dzieciństwo w czasie wojny, ale urodził się już w Rzymie, gdzie matka znalazła pracę jako pomoc domowa i ożeniła się z kurierem dyplomatycznym.

Dwupiętrowy dom teściów, dziś szary, a przed wojną koloru cegły, ustrzegł się poważnych zniszczeń. Tu i ówdzie opadł tynk, kominek na parterze nieco się ugiął, ale można tu spać. Za to dwa sąsiednie domy stoją puste, czekają na renowację. W domu na przeciwko mieszka stary mężczyzn, un orso – niedźwiedź, jak o nim mówią, bo rzekomo nigdy nie wychodzi z domu. Byłem tu kilkanaście razy w ciągu ostatnich dwóch dekad, nigdy go nie widziałem. Nieco dalej wysoki dom podparty drewnianą konstrukcją, inaczej by się zawalił.

Santa Croce, sierpień 2020, fot. BH

UNIJNY KOŚCIÓŁEK i MADONNA-BAKUNA

Dom teściów leży przy starej via Salaria, dziś wewnętrznej drodze wioski. Nową Salarię zbudowano ciut wyżej, przebiega z drugiej strony domu i… też już jest stara: zamieniła się w lokalną ulicę łączące okoliczne miasteczka. Nowa Salaria, czyli Salaria numer 3, to droga szybkiego ruchu pędząca równolegle do nich obu, za miasteczkiem, widać ją z okien domu teściów. „Droga soli”, tak samo jak w czasach rzymskich, przecina Italię i Apeniny w poprzek, łącząc Rzym z Adriatykiem. Powstała w latach pięćdziesiątych, ale w niektórych miejscach, np. nieodległym średniowiecznym Antrodoco, prace wciąż trwają. Może gdy roboty dobiegną końca, powstawać już będzie via Salaria numer cztery?

Najbardziej w Santa Croce wzrusza mnie flaga Unii Europejskiej wywieszona razem z włoską przed wioskowym kościółkiem, oczywiście przy via Salaria, tej najstarszej. Do samego kościoła nie można wejść od czterech lat, od ostatniego trzęsienia ziemi. Strażacy uznali to za niebezpieczne. Zresztą w środku, jak mówią ci, co widzieli, wszystko zamieniło się w gruz. Ale życie przykościelne trwa: dzieciaki przyjeżdżające tu na lato z Rzymu czy Rieti codziennie grają w piłkę na trawniku przed zamkniętym wejściem.

Na przystanku w Santa Croce, na którym od dawna nie zatrzymuje się żaden autobus, odcyfrowuję strzępy ogłoszenia o święcie Matki Boskiej Śnieżnej w Bacugno. Co roku, 5 sierpnia, organizuje je lokalne stowarzyszenie kulturalne o nazwie „Byk Składający Pokłon”. Bacugno leży o rzut kamieniem od Santa Croce. Ogłoszenie musi być z zeszłego roku, bo w tym, z racji pandemii, tego typu imprezy są odwołane.

Skąd ta dziwna nazwa? Chodzi o „pokłon wołu” przed posągiem Maryi –  we współczesnej interpretacji będący prośbą do Madonny o zesłaniu deszczu dla spragnionych ludzi, zwierząt hodowlanych i ziemi. Rytuał, wywodzący się najpewniej od starożytnych Sabinów, polega na oraniu długiej bruzdy za pomocą pługa ciągnionego przez woły z wybranego odległego miejsca do kościoła w Bacugno. Każdy chłop orał fragment własnego pola, po czym przekazywał zwierzęta i pług sąsiadowi, który robił to samo. Publiczność towarzyszyła procesji, oceniając, kto orze najrówniej. Była to też rywalizacja i zarazem współpraca pomiędzy sąsiadującymi frazioni. Z czasem woła zastąpiono bykiem. Po dotarciu do kościoła, wół czy byk zmuszane są do przyklęknięcia przed posągiem św. Maryi.

Podobny zwyczaj przetrwał w różnych miejscach Włoch. Jedna z opowieści kalabryjskich, sięgająca XII w., mówi o pasterzu, który odnalazł zagubionego woła w pozycji klęczącej przed krzyżem wzniesionym własnymi kopytami. Chłop miał też usłyszeć wydobywający się ze zwierzęcia głos Madonny, która żądała, aby w tym miejscu wybudować kościół na jej cześć.

Jeśli chodzi o Bacugno, pisarz i wędrowiec Paolo Rumiz przypomina, że w starożytnych czasach woła prowadzano do świątyni Bakuny, bogini płodności, a potem do snopka siana postawionego w miejscu świątyni. Później dopiero Kościół katolicki zastąpił Bakunę Maryją.

– Kiedy ostatni raz uczestniczyłeś w tym święcie? – pytam

– O, jeszcze całkiem niedawno – teść potrzeuje parunastu sekund, żeby się zastanowić, a potem bez wahania oznajmia: – W 1959 r.

BÓR ZREWOLTOWANY

Parę dni wcześniej, na jednej z abruzyjskich dróg, bliżej Adriatyku, widziałem napis: „NO TRIV – NO OMBRINA”. Ombrina, czyli umbryna to popularna w Morzu Śródziemnym ryba, ale też nazwa projektu wiercenia dna Adriatyku w poszukiwaniu ropy. „NO TRIV” to ruch sprzeciwu wobec wierceń (trivella).

Selva Rotonda, sierpień 2020, fot. BH

Jedziemy kilkanaście kilometrów na północ od Santa Croce i wspinamy się na góry wokół Selva Rotonda. Pogoda wspaniała, widać nie tylko góry Monti della Laga i Góry Sybillińskie, ale nawet odległe Gran Sasso – Wielki Kamień, który podziwialiśmy z bliska kilka dni temu.

Zbocza okolicznych gór porośnięte gęstym lasem.

– Jeszcze 20 lat temu te zbocza były nagie, sięgały tu nawet pola uprawne – mówi teść.

Kontratak natury? Nawet ścieżki do lasu wokół Santa Croce znów zarasta gąszcz. Kilka, kilkanaście lat temu po niektórych można było wygodnie wędrować. Góry pozbywają się śladów człowieka, podobnie jak gniewna ziemia strząsa z siebie całe miasteczka. Zemsta za ludzkie interwencje? Pewnie nie, ale przynajmniej z tymi wierceniami na dnie Adriatyku dałbym sobie spokój.

DOM W BARAKU

Obserwuję syna i nowych kumpli kopiących piłkę przed nieczynnym kościółkiem. Przechodzi Marisa. Marisa wygląda, jakby miała ze sto lat, jej pożłobiona tysiącem linii twarz przypomina korę drzewa. Ma dwóch synów, jeden mieszka w Rieti, drugi w sąsiedniej wiosce, gdzie się ożenił. Maria opowiada, że kiedyś był tu sklep, oberża, biblioteka, a nawet poczta. Dziś nie ma nic, mimo że w Santa Croce naliczyłem aż pięć domów, nad którymi wciąż unosi się napis „osteria”. Jedna z nich, pamiętam, była otwarta jeszcze kilkanaście lat temu, przynajmniej latem.

Marisa od 30 lat mieszka w tymczasowym baraku, który postawiono jej w ogródku przed domem po kolejnym trzęsieniu ziemi. Jej prawdziwy dom dawno temu już wzmocniono i, jak zapewniają eksperci, jest bezpieczny. Marisa jednak boi się i już nigdy nie wyprowadziła się z baraku.

– Tutaj umrę – mówi, uśmiecha się i idzie dalej.

A z ogródka regularnie dostarcza moim teściom plony, z których najwspanialsze są kwiaty cukinii. Usmażone, smakują pysznie z makaronem.

Od innych mieszkańców wiem, że Marisa odprawia „magiczne rytuały” i potrafi rzucać uroki.

LOCKDOWN OD CZTERECH LAT

Przed powrotem do domu chcę jeszcze zobaczyć to, co zostało z Accumoli, wciąż w Lacjum. To jedno z moich ulubionych miejsc w tym regionie, byłem w nim dwa czy trzy razy przed trzesięniem ziemi. Piękne kamienne miasteczko 24 sierpnia 2016 r. okazało się być epicentrum trzesięnia ziemi, które nastąpiło zaledwie 8 km pod ziemią. Próbujemy dwóch dróg, obydwie zamknięte. Rezygnujemy.

Okolica Grisciano di Accumoli, fot. BH (sierpień 2020)

Cofamy się, na szosie w okolicach Grisciano di Accumoli widzimy wielki odręczny napis umieszczony obok przystanku: „NASZ LOCKDOWN TRWA 4 LATA. 24.08.2016 – 25.08.2020”. Oglądam jedno z tymczasowych osiedli dla terremotati – ofiar trzęsień z 2016 i 2017 r.: szereg jednakowych domków, jednopiętrowe „centrum handlowe” z restauracją, oddziałem banku, kioskiem, a nawet miniaturowym placem zabaw. Półtorej ulicy.

Tymczasowe osiedle w okolicy Grisciano di Accumoli, fot. BH.

Mijamy kolejne zdewastowane miasta, m.in. Cittareale i, już w Umbrii, Norcia, czyli po polsku Nursja. Wcześniej zajeżdżamy do Agriano, frazione Nursji, gdzie spędza lato nasza znajoma, Lavinia. Jej wielki rodzinny dom w jest połowie zniszczony trzęsieniem ziemi.

– Wszyscy przenieśliśmy się do „czynnej” połowy – opowiada Lavinia. – Właśnie składamy już trzeci projekt odbudowy zniszczonej części. Poprzednie zostały odrzucone.

– Nic się tu nie robi. Spójrzcie na kościół św. Benedykta w Nursji – pomstuje brat Lavinii, który też zjechał tu na wakacje. Teraz rodzeństwo mieszka w Mediolanie.

– Robią, robią – mówi ich matka.

– Co? Chyba liczą kamienie.

Do Norcii, w przeciwieństwie do Amatrice i Accumoli, można wejść. Część sklepików z pamiątkami oraz słynną tutejszą kiełbasą znowu otwarta. W samym centrum na jednym z balkonów wywieszony transparent z napisem wielkimi czerwonymi literami: „ODBLOKUJCIE ODBUDOWĘ. ZAPOMNIANO O NAS”. Pod spodem, na drzwiach do zamkniętego butiku, ręcznie napisano: „Przenieśliśmy się na ul. Dworcową. 100 m.”, pod spodem strzałka pokazująca w którą stronę, oraz „tuż za murami centrum”, podany numer telefonu oraz dopisek w nawiasie: „(drewniane domki)”. Wiele podobnych ogłoszeń. W istocie tuż za murem otaczającym zdewastowane centrum, w lesie po drugiej stronie ulicy utworzono alejkę tymczasowych sklepików, przeniesionych z centrum miasta.

Wysoki płot otacza kościół św. Benedykta, urodzonego tu patrona Europy, który nie okazał się jednak dobrym opiekunem samej Nursji. Kościoła w istocie nie ma: podpierana rusztowaniami trzyma się pionowo tylko fasada. Pełno turystów strzelających zdjęcia. Nie chcemy tu dłużej być.

Ruiny katedry Św. Benedykta w Norcii, sierpień 2020, fot. BH

Otagowane:, , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: