Tropiciel ulotnych skarbów

Bartosz Hlebowicz

Środa byłby złym przewodnikiem dla turystów, bo jego książki nie są budowane według logiki geografii, lecz swobodnej refleksji. Który turysta wybrałby się w ogóle do Czeczenii albo zadawał z Czeczenami w Polsce? Albo kto wybierałby się do Maroka, żeby przesiedzieć przez godzinę w na wpół pustym barze w jakiejś zapomnianej miejscowości, delektować się sztuką przelewania świeżo zaparzonej herbaty z miętą z jednej szklaneczki do drugiej?

Na ostatnich, białych stronach książki wynotowuję numery stron z bardziej urzekającymi i trafnymi frazami, czasem wypisując krótkie cytaty albo chociaż pojedyncze słowa. Czasem tylko numery stron, bo nie chcę odrywać się od lektury, wolę podążać za meandrującą refleksją autora, skondensowanym (nowa książka Krzysztofa Środy liczy zaledwie nieco ponad sto stron) strumieniem świadomości, dzięki któremu można na przykład dowiedzieć się, jaki jest związek między bezpańskim psem a marokańskim golibrodą. A żeby jeszcze bardziej zaoszczędzić czas, zaznaczam poszczególne strony skrawkami papieru – biletu z kina, który akurat mam pod ręką.

Szybko jednak zdaję sobie sprawę, że moja praca nie ma sensu. Praktycznie zaznaczam niemal każdą stronę…

Środa byłby złym przewodnikiem dla turystów, bo jego książki nie są budowane według logiki geografii, lecz swobodnej refleksji. Owszem, na kartach jego książek pojawiają się Maroko, Armenia, Czeczenia czy Mongolia, ale który turysta wybrałby się w ogóle do Czeczenii albo zadawał z Czeczenami w Polsce? Lub, o zgrozo, przyjaźnił z nimi? Albo który turysta wybierałby się do Maroka, żeby przesiedzieć przez godzinę w na wpół pustym barze w jakiejś zapomnianej miejscowości, delektować się sztuką przelewania świeżo zaparzonej herbaty z miętą z jednej szklaneczki do drugiej (przy czym pytanie, słusznie postawione przez autora i jak większość pytań pozostawione bez odpowiedzi, brzmi: czy klientowi w marokańskich barach podaje się zawsze dwie szklaneczki, żeby ułatwić proces przelewania herbaty, łączenia jej z tlenem, chłodzenia etc czy na wypadek, gdyby zechciał się do niego przysiąść znajomy albo – nieznajomy?) i ewentualnie podsłuchiwać, o czym mówią inni, nieliczni goście?

Albo po to, żeby nad brzegiem oceanu zbierać baranie rogi, szczypce kraba, skórzany bucik dziecięcy i patyki o – z chłopięcej perspektywy – niezwykłych kształtach. „Fantazyjnie poskręcany, miejscami nieco cieńszy, wyglądał jak wąż, który zjadł dwie myszy różnej wielkości, a potem dostał skrętu kiszek i zastygł w efektownej agonii”.

Nic dziwnego, że ktoś, kto tak pisze, potrafi odkrywać analogie między krajami, ludźmi i wydarzeniami niewidoczne dla zwykłych śmiertelników. Albo dostrzegać zaskakujące podobieństwa między własnymi spostrzeżeniami i uwagami podróżników z przeszłości, jak w opisie góry Elbrus, „olbrzymiej góry zawieszonej w powietrzu” (Jan Potocki), „unoszącej się w powietrzu białej piramidy” (Środa).

Las nie uprzedza to rzecz o takich ponadczasowych i ponadprzestrzennych ulotnych pokrewieństwach. Rzecz dla smakoszy podróży, kontemplacji i tropicieli tego, co mało uchwytne, a jednocześnie niezmiernie ważne. Żadna nostalgia, żaden sentymentalizm – skupienie, powaga i ostrożne stawianie kroków i słów. Środa nie uprawia podróżowania fotogenicznego, jego podróże zataczają o wiele szersze kręgi: wyprawia się w głąb własnej duszy i umysłu.

Jest to też rzecz o delikatności, mimo że sam autor zastrzega, że jest wprost przeciwnie. Wspominane tu są okrutne wojny Saharyjczyków i Czeczenów, co więc miałaby do tego delikatność?

Otóż przejawia się ona w sposobie, w jakim autor bada własne pragnienia i projekty. Na przykład kilkakrotnie odnotowuje, że ma kłopoty z wyjaśnieniem samemu sobie, dlaczego „obsesyjnie” jeździ do Maroka, a podczas szóstej wizyty uświadamia sobie z niejakim zdumieniem, iż nadal jest tu obcy, że nie ma z kim pogadać o ważnych sprawach.

To właśnie jeden z przejawów tejże delikatności – Środa nie występuje nigdy w roli wszechwiedzącego eksperta od kultury X, etatowego hołubionego przez media podróżnika, który wyjaśni odbiorcom każdy zwyczaj „dzikiego”. Nie, Środa zwiedza zakamarki odległych krajów po to – tak mi się wydaje – żeby zrozumieć swoje własne potrzeby i skonfrontować się z innymi miejscami i innymi ludźmi, a punktem wyjścia w każdej takiej konfrontacji jest niewiedza i pokora podróżnika. Niewiedza, która umożliwia mu otwartość, która oznacza gotowość na zauważanie ważnych drobiazgów, zazwyczaj pomijanych w fachowej literaturze turystycznej („…kiedy wybieram się do jakiegoś kraju, nie czytam przed wyjazdem przewodników. Prawie nic nie czytam. Tak jest lepiej. Kiedy jestem już na miejscu, mniej rozumiem i więcej rzeczy mnie dziwi”).

Własna „delikatność” autora pozwala mu na zauważanie jej w gestach i zachowaniach innych ludzi, w wyrazach ich twarzy. W skromnym i ujmującym geście mijanej Marokanki odczytuje erotyczne zaproszenie, na które odpowiada równie delikatnym odmownym półuśmiechem. A kilkusekundowe zetknięcie z Marokańczykiem, który pokazując podróżnikowi drogę dokądś tam, przytrzymuje go lekko za łokieć, daje autorowi pretekst do refleksji o przyjaźni, bezinteresowności i samotności.

Jasne, nie da się poznać innej kultury w sposób wyczerpujący, choćby odbyło się dwadzieścia, a nie tylko sześć podróży. Środa jednak nie należy do naiwniaków, którzy by sobie z tego nie zdawali sprawy. I robi swoje. Jego ostrożne poruszanie się wśród „tubylców” i równie ostrożne (delikatne właśnie!) pisanie pozwala na wchodzenie w głębszą warstwę stosunków międzyludzkich, niedeklaracyjną, nie na pokaz. Żeby tak obserwować inne światy (a przy tym samego siebie), nie wystarczy tylko podróżować w sensie przemieszczania się z miejsca A do miejsca B i trąbić o tym w programach podróżniczych (niezmiernie trudno mi sobie wyobrazić Środę w tej roli). Trzeba mieć w sobie odpowiednią wrażliwość i ją pielęgnować.

Jeśli jest coś, co mi w twórczości literackiej Krzysztofa Środy uwiera, to poczucie niedosytu, jakie zostawia lektura. Jego książki po prostu ukazują się zbyt rzadko i liczą za mało stron! Ale o tym znowu decyduje delikatność autora, który narzeka, że podczas pobytu w Maroku każdego dnia dopisuje pół strony, stronę, a czasem nawet półtorej! „Za dużo i za szybko”, osądza i, choć wcale się z tym nie zgadzamy, musimy tę jego uważność uszanować.

 

Krzysztof Środa, Las nie uprzedza, wyd. Czarne: Wołowiec 2016

Reklamy

Otagowane:, , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: