Zanim zaczniesz się bać, spróbuj zrozumieć

O książce Muzułmanie w Europie Nilüfer Göle, tłum. Maryna Ochab (wyd. Karakter)

small_gole__muzu_manie_w_europie_webDlaczego nagle wśród Polaków pojawia się tylu obrońców „chrześcijańskiej Europy”? Dlaczego przysłowiowy Darek z Warszawy lub spod Lublina ma mówić muzułmaninowi we Francji lub w Niemczech, gdzie jest jego ojczyzna albo w co ma wierzyć?


W filmie Towarzysze broni (1937) Jeana Renoira dwaj francuscy oficerowie, kapitan i porucznik, dostają się do niemieckiej niewoli. Dystyngowany kapitan Boeldieu (Pierre Fresnay) nie za bardzo dogaduje się z prostym porucznikiem Marchealem (Jean Gabin), ale odnajduje wspólny język z kierującym obozem jenieckim rotmistrzem von Rauffensteinem (Erich von Stroheim).

Francuzi podejmują próbę ucieczki, Rauffenstein krzyczy do biegnącego kapitana:

 

– Boeldieu, czy rozumiesz, że jeśli nie posłuchasz mojego rozkazu, będę musiał do ciebie strzelić? Wzdragam się przed tym. Błagam cię. Jak mężczyzna mężczyznę. Wracaj.
Bouldie przerywa na moment ucieczkę, bo nie może pozostawić wezwania Rauffensteina bez odpowiedzi:
– To szalenie miło z twojej strony, Rauffenstein, ale to niemożliwe – i biegnie dalej.
Rauffenstein strzela, trafiając Boeldieu w brzuch. Później pochyla się nad umierającym Francuzem:
– Wybacz mi.
– Zrobiłbym to samo. Dla Francuza czy Niemca obowiązek jest obowiązkiem.
– Bardzo cię boli?
– Nie wiedziałem, że kula w brzuchu może boleć tak bardzo.
– Mierzyłem w nogi.
– Odległość 500 stóp, słaba widoczność. Poza tym biegłem.
– Proszę, nie usprawiedliwiaj mnie, to było nieudolne z mojej strony.

Ta pełna kurtuazji rozmowa między szlachetnie urodzonym niemieckim oficerem, który z największą przykrością musiał strzelać do podejmującego ucieczkę szlachetnie urodzonego francuskiego więźnia, a potem za to przepraszał, przypomniała mi się podczas lektury książki Muzułmanie w Europie Nilüfer Göle, wydanej przez Karakter.

Wiem, to daleka parabola – przynajmniej na pierwszy rzut oka. „Źli” Niemcy walczyli z „dobrymi” Francuzami, więc dlaczego Niemiec miałby nie strzelać do Francuza? Z niezwykłej rozmowy dwóch oficerów, Niemca i Francuza, wynika jednak jasno, że był między nimi ten rodzaj więzi, która nigdy nie mogła połączyć Boeldieu i Marcheala. Mówiąc wprost: człowiek przynależy do wielu światów, ma wiele tożsamości i nie jest wyłącznie przedstawicielem narodu X czy wyznawcą religii Y.

kruszyniany_meczet_2008b

Meczet tatarski w Kruszynianach, woj. podlaskie, 2008, fot. BH

Europejczycy

Jeśli chodzi o religię, najbardziej odpowiada mi koncepcja Johna Lennona wyłożona w piosence „Imagine”. Nie widzę powodu, żeby zawierzać czemukolwiek, skoro mogę próbować ogarnąć to rozumem, ani nie potrzebuję, żeby moje postępowanie wyznaczały religijne wskazania czy zakazy, zaś zło, jakie wyczyniają ekstremizmy religijne na całym świecie, widzimy wszyscy każdego dnia. Większa część ludzkości uważa jednak, że taka czy inna religia jest jej potrzebna i ja to szanuję. Większa część ludzkości to nie fanatycy, i to (odrobinę) mnie uspakaja.

Lektura pracy Göle pozwala uświadomić sobie, że czegoś takiego, jak „muzułmanie w Europie” – w sensie jednorodnej wspólnoty kulturowo-polityczno-religijnej – po prostu nie ma. Taka wspólnota jest tworzona sztucznie w trakcie medialnych „debat” uprawianych przez polityków.

Muzułmanie w Europie tureckiej socjolożki Nilüfer Göle jest kolejną z serii szalenie pożytecznych książek wydawnictwa Karakter (inna, którą recenzowałem tutaj, wyjaśniała źródła konfliktu w Syrii i pozwalała czytelnikowi obserwować straszliwą wojnę od wewnątrz, oczami osoby stamtąd). Książka ta nie tyle tłumaczy, czym jest islam (tym zajął się Tahar Ben Jelloun w Co to jest islam?, też wydanej przez Karakter), lecz przypomina, że wśród nas, Europejczyków, i wokół nas, Polaków, żyją miliony zwykłych ludzi, którzy nagle zostają zmuszeni, z jednej strony przez ataki terrorystyczne islamistów, z drugiej przez ksenofobię Europejczyków, by poczuć się jeszcze bardziej muzułmanami i nam się z tego „muzułmaństwa” wytłumaczyć. Sytuacja zaczyna przypominać przesłuchanie, podczas którego biali, chrześcijańscy Europejczycy, odpytują śniadych, muzułmańskich Europejczyków z wybranych/wyobrażonych najważniejszych elementów ich wiary i kultury, a ci dwoją się i troją, by przekonać tych pierwszych, że nie, że wcale tak nie jest, że tu chodzi o co innego.

Lektura pracy Göle pozwala uświadomić sobie, że czegoś takiego, jak „muzułmanie w Europie” – w sensie jednorodnej wspólnoty kulturowo-polityczno-religijnej – po prostu nie ma. Taka wspólnota jest tworzona sztucznie w trakcie medialnych „debat” uprawianych przez polityków, którym zawdzięczamy niezwyczajne zainteresowanie żyjącymi od wieków w Europie, rozsianych po różnych krajach, muzułmanami. Dzisiaj są ich (nie licząc Turcji), jak podaje Pew Research Center, 44 miliony. Z jednej strony to zbyt duża liczba, by grupa mogła być homogeniczna, z drugiej – w obliczu 745- milionowej populacji europejskiej, zbyt mała to „wspólnota” i zbyt rozproszona, by mogłaby być „zagrożeniem” „tożsamości” czy „cywilizacji europejskiej”.

Żeby w tej sytuacji mówić o „inwazji islamistycznej” na chrześcijańską Europę, trzeba mieć dużo złej woli albo niewielką wiedzę. Ale, umiłowani przywódcy nasi, nic straconego! Jeszcze możecie się podszkolić, o ile przyjdzie wam do głowy propagandę zastąpić wiedzą. Muzułmanie w Europie to książka dla was. Jak powiedział prorok Mahomet: „Uczcie się od kolebki aż po grób” (co przypomina Tahar Ben Jelloun, s. 45).

Metoda

Książka Nilüfer Göle to przystępne i wyczerpujące ukazanie wyników trwających cztery lata badań (2009–2013) w 21 miastach Europy, od Kordoby, Birmingham, Tuluzy po Berlin, Kopenhagę i Stambuł. Autorka, z grupą innych naukowców i doktorantów z Wyższej Szkoły Nauk Społecznych w Paryżu, przeprowadzała indywidualne wywiady i organizowała grupy dyskutantów z różnych środowisk. Tematami były bieżące problemy związane z integracją, asymilacją czy nieakceptacją muzułmanów w różnych miejscach Europy.

Co z takich rozmów może wyniknąć? Po pierwsze, pozwalają one uświadomić sobie, że „muzułmanie” bardzo się między sobą różnią. Wśród uczestników badań byli zwykli muzułmanie, imamowie, salafici, tacy, którzy określali się jako „świeccy muzułmanie”, dziewczęta w chustach uważające się za feministki, a także nawet „muzułmanie niewierzący”. O otwartości na Europę świadczą takie wypowiedzi wychowanych na Starym Kontynencie muzułmanów, jak Davida, Szwajcara, który w młodym wieku przeszedł na islam: „Żeby praktykować moją religię, nie potrzebuję islamskich policjantów ani sędziów” (s. 187).

Po drugie, sama idea grup dyskusyjnych, złożonych z ludzi o różnym pochodzeniu i różnym stosunku do wiary, pozwala uniknąć typowej słownej nawalanki „zwolennika” i „przeciwnika” znoszenia granic, noszenia burek, budowy meczetów, publicznych modłów, śpiewu muezina czy rad szariackich, w której obydwaj w nieskończoność używają tych samych argumentów, a efektem niezmiennie są poobijane twarze jednego i drugiego. W grupach przynajmniej jest szansa na wielość poglądów, wymianę argumentów i dyskusję. Szalenie proste, ale przecież większość tego nie potrafi.

city-157460_960_720

Krzyk

… Metoda wcale nie gwarantuje sukcesu, jeśli miałoby nim być wzajemne zrozumienie i wypracowanie wspólnego stanowiska. Pouczający jest tu przykład badania w Bolonii, gdzie rozmawiano o publicznej modlitwie muzułmanów i budowie meczetu w mieście. Przypomnieć trzeba, w jakim kontekście pracowała grupa Göle. Oto na początku 2009 r., kiedy armia izraelska bombardowała Gazę, dwa tysiące muzułmanów mieszkających w Bolonii i okolicy zmówiło modlitwę na placu przed bazyliką San Petronio, jedną z największych świątyń chrześcijańskich w Europie, dumą Bolonii. Zbiorowa modlitwa miała być gestem solidarności z bombardowanymi Palestyńczykami, ale została zinterpretowana różnie. Kilka osób dopuściło się spalenia flagi izraelskiej, inni zarzucili uczestnikom upolitycznienie aktu religijnego i próbę zawłaszczenie przestrzeni naturalnie kojarzonej z wiarą chrześcijańską. Biskup Bolonii mówił o „islamizacji Europy”, a kilka dni po publicznej modlitwie, w ramach „odzyskiwania placu”, populiści z Ligi Północnej zajęli plac przed bazyliką.

Wcześniej, w 2007 r. mieszkańcy Bolonii odrzucili w referendum projekt budowy meczetu w tym mieście. Ta decyzja oraz oburzenie mieszkańców modlitwą z 3 stycznia 2009 r. pokazują, że „obcy” – imigranci, muzułmani – modląc się na głównym placu, przed chrześcijańską świątynią, naruszyli niewidzialne granice: zamiast trzymać się przemysłowych peryferii miasta, zajęli na chwilę centrum, w dodatku będące „przestrzenią katolicką”.

Tak oto Włosi, obywatele włoscy, którzy TAKŻE są muzułmanami, stają się obcymi i z punktu widzenia włoskich szowinistów ich ojczyzna jest gdzieś indziej, nie we Włoszech, które mogą być tylko takie, jak je Liga Północna zdefiniuje.

W jedenastoosobowej grupie dyskusyjnej, która spotkała się w Bolonii w czerwcu 2009 r., byli zarówno młodzi muzułmanie – mieszkańcy Bolonii, wychowani we Włoszech, jak i wyborcy Ligi Północnej, wśród nich inicjatorka ruchu przeciw budowie meczetów. Szybko okazało się, że rozmowa była nierówna z winy zwolenników Ligi, którzy spotkanie potraktowali jako okazję do typowej politycznej rozróby. Uczestnicy rozmowy „dowiedzieli się” od nich, że budowa meczetu byłaby rasizmem wobec większości, praniem brudnych pieniędzy, okupacją francuskiego terytorium, realizacją watykańskiego spisku i że jak muzułmanie chcą sobie zbudować meczet, to niech go budują „u siebie”.

Tak oto Włosi, obywatele włoscy, którzy TAKŻE są muzułmanami, stają się obcymi i z punktu widzenia włoskich szowinistów ich ojczyzna jest gdzieś indziej, nie we Włoszech, które mogą być tylko takie, jak je Liga Północna zdefiniuje.

W podsumowaniu bolońskiej części badań autorka nie może powstrzymać się – wcale jej się nie dziwię – od połączenia analizy socjologicznej z oceną zachowania dyskutantów:

Ich postawa dowodziła czegoś więcej niż nietolerancji, była z rozmysłem ofensywna: swoiste polowanie na „innego”, które można określić jako niegodne, i pasożytowanie na przestrzeni publicznej (…) [T]rzeba atakować islam, żeby uczestnicy dyskusji, zwłaszcza ci umiarkowani, nas usłyszeli” (s. 99).

W ten sposób zdobywa się dla swojej nikczemnej sprawy obojętną wcześniej, milczącą większość. A najnowszy sondaż wyborczy we Włoszech pokazuje, że dwie najbardziej ksenofobiczne partie w kraju, Fratelli Italia i Lega Nord, razem mogą liczyć na 26 procent poparcia, czyli mniej więcej tyle samo, ile rządząca centrolewicowa Partia Demokratyczna i populistyczny Ruch Pięć Gwiazd. Przyszłość Włoch nie zapowiada się różowo, im też grozi „dobra zmiana”.

Parodia dialogu

Boloński epizod książki, tak jak wiele innych (np. referendum, podczas którego dystyngowani Szwajcarzy zdecydowali, że w ich kraju nie można wznosić minaretów), pozwala uzmysłowić sobie, że praca ta nie jest tylko o „muzułmanach w Europie”, jak głosi tytuł. Co najmniej równie ważne jest tu studium mechanizmów kiełkowania islamofobii Europejczyków.

Zwykli, Bogu ducha winni muzułmanie duńscy i europejscy stali się widoczni, i to od razu naznaczeni jako odmienni, zostali zmuszeni do reakcji, wzięcia udziału w „dyskusji”, w której uczestniczyć nie chcieli. Zastosowano wobec nich perwersyjny test na tolerancję.

Istotnym przykładem analizowanym przez autorkę i jej rozmówców jest słynna awantura o karykatury Mahometa w duńskiej gazecie „Jyllands Posten”. Karykatury posłużyły gazecie do wyśmiania muzułmanów jako radykalnych „szalonych mułłów”, nietolerancyjnych i w każdym momencie gotowych do ataku terrorystycznego. Skuteczna próba wywołania sensacji i antyislamskich nastrojów była o tyle niezrozumiała, że wydarzyła się w kraju, którego muzułmańscy mieszkańcy – przybyli z Turcji w latach 1970. – żyli spokojnie i niczym specjalnym się nie wyróżniali od innych obywateli Danii. W ten sposób zwykli, Bogu ducha winni muzułmanie duńscy i europejscy stali się widoczni, i to od razu naznaczeni jako odmienni. Zostali zmuszeni ich do reakcji, wzięcia udziału w „dyskusji”, w której uczestniczyć nie chcieli. Zastosowano wobec nich perwersyjny test na tolerancję: pozwólcie nam szydzić z tego, co dla was ważne, to wtedy być może uznamy was za osoby tolerancyjne, a więc godne życia obok nas, tolerancyjnych prawdziwych Europejczyków. Jeśli nie zaakceptujecie i nie polubicie szyderstwa, to znaczy, że nie lubicie Europy, nie potraficie się otworzyć na krytykę etc. I oczywiście jesteście fanatykami.

Meczet w Kolonii, 2015 © CEphoto, Uwe Aranas

Meczet w Kolonii, 2015 © CEphoto, Uwe Aranas

Rozmowa, nie jazgot

Co ciekawe, w tym samym czasie, kiedy obywatele Bolonii odrzucili prośbę o budowę meczetu, mieszkańcy Kolonii podjęli decyzję o wzniesieniu meczetu, i to zaledwie trzy kilometry od trzeciej co do wielkości katedry katolickiej na świecie. Przedsięwzięcie finansuje rząd turecki, ponad 800 organizacji muzułmańskich, ale zbiórkę przeprowadził też Kościół katolicki w Kolonii. Meczet, zaprojektowany w stylu ottomańskim przez niemieckiego architekta, ma być otwarty w tym roku. A gdy niemieccy ksenofobi spróbowali zorganizować w Kolonii „antymeczetowy” zjazd prawicowych i islamskich ugrupowań z całej Europy, mieszkańcy do niego nie dopuścili.

Badacze, nauczeni bolońskim niepowodzeniem, do dyskusji w Kolonii nie zaprosili przedstawicieli radykalnych ugrupowań prawicowych. W rozmowie uczestniczyli muzułmanie, żyd, protestant i lewicowi działacze, którzy doprowadzili do zablokowania zjazdu skrajnej prawicy. Interesujące, że właśnie mieszkaniec pochodzenia tureckiego, studiujący teologię muzułmańską, zarzucił lewicowcom taktyczny błąd, polegający na niedopuszczeniu skrajnej prawicy do rozmowy. Jego zdaniem konfrontacja nie jest sposobem na walkę z populizmem.

Jak zauważa autorka, unikanie konfrontacji (a więc wola wysłuchania racji radykałów zamiast ich blokowania) jest typową strategią wielu muzułmanów w Europie, którym zależy na zyskaniu akceptacji społecznej i na tym, żeby nie postrzegano ich tylko jako wyznawców islamu.

Właściwy temat debaty: jak tworzyć wspólną przestrzeń, a nie jak radzić sobie z „islamską odmiennością”. Wnioski są pesymistyczne: społeczeństwa europejskie coraz bardziej dążą do ujednolicenia obrazu muzułmanów, sprowadzenia ich do paru wytartych klisz, zohydzenia i uczynienia z nich łatwego celu.

Projekt tureckiej socjolożki pokazuje, że w każdym miejscu, niezależnie czy omawianym problemem są chusty noszone przez muzułmanki, budowa meczetów (albo choćby minaretów), przedstawienia islamu w sztuce i karykaturze czy szariat, jedyną szansą wzajemnego zrozumienia jest wsłuchiwanie się w racje innych i rozmowa.

Göle chce wskazać właściwy temat debaty: jak tworzyć wspólną przestrzeń, a nie jak radzić sobie z „islamską odmiennością” (s. 122). Niestety, wnioski po każdej części książki są pesymistyczne: społeczeństwa europejskie coraz bardziej dążą do ujednolicenia obrazu muzułmanów, sprowadzenia ich do paru wytartych klisz, zohydzenia i uczynienia z nich łatwego celu. Przypomina się René Girard i jego koncepcja kozła ofiarnego: jak kiedyś żydzi, tak teraz muzułmanie mają stać się lekarstwem na złe samopoczucie i lęki „białych” Europejczyków.

kruszyniany_meczet_2008a

Meczet tatarski w Kruszynianach, woj. podlaskie, 2008, fot. BH

Pokora

To jest jakby książka nie dla nas, Polaków. Po co mamy rozumieć muzułmanów, skoro nasz rząd troszczy się, żeby żaden muzułmanin nie postawił stopy na naszej ziemi, a nieliczni, którzy mieszkają tu od stuleci… no cóż, trzeba ich tolerować.

A jednak to Polacy w pierwszym rzędzie powinni sięgnąć po pracę Göle. Chociażby po to, żeby zacząć na serio myśleć o Europie, różnorodności, islamie, naszym zdegradowanym katolicyźmie i naszej własnej tożsamości. Nie pozostaniemy enklawą bezpiecznej ksenofobii do końca świata, niezależnie od starań pani Beaty Szydło i pana Mariusza Błaszczaka. Lepiej więc teraz uczyć się o „innych”, także dlatego, żeby uniknąć błędów, jakie popełniły Francja czy Belgia.

Poza tym już teraz dobrze widzimy, że Polak-ksenofob nie potrzebuje „prawdziwych obcych”, aby dać ujście swej agresji. Zawsze znajdzie tych mniej „swoich”, gorszy sort, wroga, którego trzeba będzie stłamsić, żeby uchować rzekomy, zdrowy rdzeń polskości, „tradycję”, „wiarę” i inne tego typu dyżurne wytrychy służące zakamuflowaniu naszego strachu i nienawiści wobec tych, których postrzegamy jako innych. Cele dżihadystów są identyczne jak cele naszych polskich ekspertów od strachu i siewców nienawiści: „wszechpolskich” młodzieńców urządzających przedstawienia egzekucji w swym ponurym obwoźnym teatrze, straszącym mieszkańców polskich miast; prawicowych dziennikarzy, którzy – zapewne dając upust swoim niezdrowym fantazjom – wypisują w rządowych szczujniach o muzułmanach jako „młodych jurnych mężczyznach, którzy nie mają w swoich krajach dostępu do kobiet, tylko do owiec”; czy polityków w rodzaju naszego ministra spraw wewnętrznych albo Mariana Kowalskiego, pseudonim „Kastet”, walczących z „multi-kulti”.

Dlaczego nagle wśród Polaków, którzy najwyraźniej przestają lubić Europę, pojawia się jednocześnie tylu (sądząc chociażby po wpisach na forach społecznościowych) obrońców „chrześcijańskiej Europy”? Dlaczego przysłowiowy Darek z Warszawy lub spod Lublina ma mówić muzułmaninowi we Francji lub w Niemczech, gdzie jest jego ojczyzna albo w co ma wierzyć? Naprawdę, to nie islam jest wrogiem Europy, lecz nasza pycha.

Nilüfer Göle, Muzułmanie w Europie. Dzisiejsze kontrowersje wokół islamu , tłum. z franc. Maryna Ochab (wyd. Karakter, Kraków 2016)
Inne teksty o książkach 

 

Advertisements

Otagowane:, , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: