ŁKS Polska

„Kartoflada”, czyli album rodzinny pani Marceliny i inne swojskie historie z kraju nad Wisłą.

kartoflada_okladkaKibole drużyny piłkarskiej z Łodzi piorą po mordzie jednego z bohaterów, bo siedzi w samochodzie z warszawską rejestracją. Urzędniczka mówi do klientów „Słucham panów”, jednocześnie odwracając się do nich plecami. By stworzyć powieść absurdalną o Polsce, nie potrzeba wyobraźni, wystarczy dobry słuch.

 

 

 (…) postrzał w kolano; Bogu tylko wiadomo,

co za dobre i złe przygody sprowadził na mnie ten postrzał.

Trzymają się jedna drugiej ni mniej ni więcej jak ogniwa łańcuszka.

„Kubuś Fatalista”

Dziś, uszczęśliwiony, odebrałem super-ważną przesyłkę od kuriera. Nie, nie w sensie, że kurier mi ją przywiózł. Zapłaciłem grube pieniądze za usługę kuriera (nie miałem innej możliwości), która polegała na tym, że musiałem przebijać się na opłotki Florencji, żeby samemu odebrać list od firmy kurierskiej.

W zniewalającej sieci amerykańsko-włoskich, a nawet amerykańsko-niemiecko-włoskich instytucji (amerykański konsulat, włoski oddział amerykańsko-niemieckiej firmy kurierskiej DHL) poczułem się odrobinę jak bohaterowie „Kartoflady”, przemierzający pół Polski w absurdalnej pogoni za super-ważną przesyłką. Ale tylko odrobinę, bo (spoiler!) ostatecznie ja swoją sprawę załatwiłem, i to stosunkowo szybko, jedynie w duchu pomstując na urzędową przemoc, której musiałem się poddać, żeby upragnioną wizę otrzymać.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że tworzywem opowieści Tomasza Piątka są doświadczenia i obserwacje – własne czy innych, które przerabia on na nieokiełznaną literaturę, bujnym, intensywnym, pełnym przepychu językiem uwypuklając absurdalność współczesnej Polski i bezradność ludzi w niej zagubionych.

Posmak autentyczności towarzyszący lekturze z pozoru nonsensownej historii z nowej powieści Tomasza Piątka jest odświeżający i przygnębiający zarazem. Z wielką frajdą – dzięki bezpośredniości narratora – wkładam buty bohaterów i przemierzam wspólnie z nimi zaułki Służewa, Palucha i kręcę się po przeładowanych obwodówkach warszawskich i zagubionych traktach leśnych wokół Łodzi i Kielc, odwiedzam „Żabkę” w poszukiwaniu pasty łososiowej czy szukam ważnego listu w zakonspirowanym na zadupiu magazynie prywatnej poczty. Z drugiej strony jest w tym coś mocno niepokojącego. Naturalnym chyba pragnieniem człowieka jest harmonia i piękno, albo chociaż święty spokój. Perypetie i przemyślenia bohaterów „Kartoflady” dostarczają czegoś zupełnie odwrotnego. Oto Pietuszenko, zakompleksiony antysemita i islamofob, zaocznie nienawidzący „brudnych imigrantów z Afryki”, „jebanych pedałów” i Ludwika Zamenhofa („Żydek, co chciał nas wynarodowić językowo esperantem”) i wyimaginowanych uchodźców (proponuje ich sprowadzić do Łodzi: „(…) jak już Żydki z Brukseli zmuszą nas do osiedlania w Polsce Arabów, osiedlajmy ich tutaj. Będą mieli właściwe sobie warunki: pustynia, syf i bida”), który swoją nienawiść do wszystkich innych łączy – a jakże! – z antykomunizmem, komunistami zaś nazywa wszystkich swoich wyobrażonych wrogów, którzy z niejasnych powodów sprzysięgli się, żeby uczynić jego życie mizernym. Hobby Pietuszenki jest historia Polski, a uspokojenie znajduje on w lekturze książek o zbrodniach Ukraińców na Polakach. Na życie zaś zarabia pisząc recenzje nowych aut, którymi w życiu nie jeździł. Czyż pokraczny, odpychający, budzący współczucie intelektualny skin to nie jest postać z życia wzięta?

jacek-leociak

Plakat na słupie w Bydgoszczy, styczeń 2017 r. Fot. Mateusz Kijowski.

To Pietuszenko otrzymuje – jak sądzi – życiową szansę w postaci listu z firmy Xantis. A dokładnie otrzymuje nie list, lecz samą szansę, list zaś musi odnaleźć, goniąc za nim z jednej dzielnicy do drugiej, z jednego miasta do drugiego.

Pogoń nie byłaby możliwa bez Nadleśniczego, przyjaciela Pietuszenki, który dysponuje środkiem transportu: furgonetką z napisem „WINIEN” (nazwisko byłego właściciela). Nadleśniczy przemieszkuje u matki, nie ma stałej pracy, nie jest w stanie nareperować najmniejszej rzeczy w domu albo chociaż przyrządzić normalnego posiłku, a wieczory spędza na internetowym czatowaniu z „blondynką-londynką”, której na oczy nie widział, ale której internetowy nick wystarcza do rozbudzenia pożądania. Nieustanne planowanie Nadleśniczego, odkładanie na potem, powikłane ciągi myślowe i natręctwa każą o nim trochę myśleć jak o bohaterze „Dnia świra”.

No i jest Kartofel – „taka słowiańska twarz, kartofel szaroblond” – (prawie)wychowanek tajemniczego zakonu, który niespodziewanie dołącza do dwójki przyjaciół. To jego niesamowita „opowieść w opowieści”, o dorastaniu w zakonie, o terminowaniu u pewnego Bułgara, artysty-rzeźbiarza i o watykańskiej intrydze stanowi główną treść książki.

Zmagania trójki nieudaczników z trudną materią życia to krzywe zwierciadło Polski i Polaków. Oto ksiądz, który przed własnym kościołem prowadzi dwie budy: w jednej sprzedaje pornografię, w drugiej wódkę (ale nie koszerną!). Oto cały kraj porastają pomniki papieża (oczywiście tego jedynego prawdziwego). Oto firma sprzedająca wieczne pióra, której pracownicy siedzą na sedesach zamiast na krzesłach, bo jej właścicielka handluje także muszlami klozetowymi. A w biurze śmierdzi perfumami, bo nimi też obraca… Oto kibole drużyny piłkarskiej z Łodzi piorą po mordzie jednego z bohaterów, bo siedzi w samochodzie z warszawską rejestracją. Pranie po mordzie jest zaś niemal aktem łaski, bo przecież mogli zabić. Oto urzędniczka, która mówi do klientów „Słucham panów” (po tradycyjnej dłuższej chwili milczenia), jednocześnie odwracając się do nich plecami.

Rzeczywistość stanowi ostrą konkurencję dla prozy Piątka. Kto o zdrowych zmysłach mógł przypuszczać, że pierwszą rzeczą, za którą weźmie się nowy minister ochrony środowiska będzie wycinka puszczy, a nowy minister sprawiedliwości zacznie od ubezwłasnowolniania prokuratury i sądownictwa? Albo że poseł specjalnej troski zatrudni odźwiernego-goryla do otwierania przed sobą drzwi w Sejmie, bo obwisły brzuch utrudnia posłowi wyciąganie własnej łapki. W nagrodę odźwierny dostanie rólkę w pseudofilmie o pseudozamachu na brata pasibrzucha. Albo że programy satyryczne w telewizji publicznej kierowanej przez polityków (którzy robią za dziennikarzy) będą robić ich koledzy dziennikarze, którzy robią za satyryków. Albo że prorządowa i finansowana przez rząd gazeta nada szefowi rządzącej partii tytuł bojownika o wolność, zaraz po tym, jak ten zlikwiduje ostatnią instytucję, która wolności broniła. Albo że oficerowie Wojska Polskiego będą występować w roli lokajów trzymających parasolkę nad wyrośniętym półgłówkiem, którego Sinister Obrony Narodowej uczynił rzecznikiem. Albo że tenże Sinister Obrony Narodowej, po wystąpieniu na pseudokonferencji pt. „Oblicza dumy Polski”, organizowanej na pseudouniwersytecie, pogna na uroczystość wręczenia nagrody wolności od pseudodziennikarzy dla pseudopatrioty i z tego gnania (140 km, dojeżdżając do skrzyżowania) doprowadzi do karambolu na dziewięć samochodów, a potem tradycyjnie weźmie nogi za pas – to byłaby anegdotka jak ulał pasująca do świata przedstawionego „Kartoflady”. Tyle że to nie jest anegdota, lecz surrealistyczna prawda dnia codziennego współczesnej Polski. Piątek może co najwyżej zacytować ją w następnej powieści. Tylko czy wtedy będziemy jeszcze mieli siłę się śmiać?

Ale wiem jedno: dopóki Piątek pisze, nie zginiemy.

BARTOSZ HLEBOWICZ

Tomasz Piątek, „Kartoflada”, W.A.B. 2016

Advertisements

Otagowane:, , , , ,

0 thoughts on “ŁKS Polska

  1. wiktor36 Luty 1, 2017 o 5:34 pm Reply

    Panie Piątek! Pan mi wystarczy na cały tydzień

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: