Witajcie w Słonecji!

img_3865-3

Dwunasta. Miły grudniowy poranek 2017 roku. Zbasław przeciąga się, ziewa i uśmiecha na myśl o rogaliku z margaryną i marmoladą, który za chwilę pan Joachim poda mu na śniadanie. Z kuchni unosi się już zapach kawy „Inka”. Smaczna, patriotyczna kawa. Jest dobrze.

Grudzień to ulubiony miesiąc Zbasława.

W głębi duszy Zbasław nie znosi bycia dyktatorem. Łamie prawo i ludzi z niechęcią, wręcz wstrętem –robi to tylko z braku miłości. Ludzie go nie kochają, a przecież powinni.

Zawsze marzył o tym, żeby być poetą. Od małego uwielbiał wyszukiwać rymy. Wymyślił już takie: „masło – krzesło”, „mama – banana”, „choinka – skakanka”, „ojczyzna – blizna”, „mówimy – leżymy”, „mąka – łąka” oraz „kotek – płotek”. Ten ostatni uważał za najbardziej udany. Na „kotka-płotka” wpadł dawno temu, we wczesnym okresie swego życia i twórczości, co tylko potwierdzało rodzący się talent.

Niestety, rzadko mógł sobie Zbasław pozwalać na układanie rymów, bo przecież ktoś musiał pociągać pacynki, a tym kimś był on sam. Dziś był właśnie dzień pociągania pacynek, a konkretnie wymyślania nowych ukazów, które pacynki miały podpisywać i egzekwować.

… Rogalik znikł w buzi Zbasława, takoż inka. Zbasław opuścił swój posterunek przy oknie (lubił patrzeć na świat przez szybę) i dostojnym krokiem udał się do Sali obrad, gdzie już czekał na niego cały rząd. Dziś miano uchwalić osiem nowych podatków: od bladych twarzy, piegów, rudych włosów, odstających uszu, zbyt długich nosów, krzywych nóg, zgarbionych pleców i wydatnych brzuchów. Z tego ostatniego Zbasław jednak zrezygnował. Ponadto miano ogłosić rozporządzenie zakazujące używania słowa „księżyc” w prozie, poezji i w dramacie. Odtąd wszyscy poeci opiewający piękno księżycowej nocy mieli się przestawić na opiewanie piękna słonecznego dnia, wszystkie zaś wiersze poświęcone księżycowi, gwiazdom, deszczowi, mgłom i chmurom miały podlegać konfiskacie. Zbasław nie lubił, gdy mu przypominano o młodzieńczych wygłupach.

Tradycyjnie Zbasław dostał się do Sejmu podziemnym przejściem, prowadzącym bezpośrednio z nory. Pani Beata czekała na niego z herbatą w szklance na srebrnej tacce i nieśmiałym, dziewczęcym uśmiechem, z dumą prężąc pierś. Była ufna i gotowa. „Znowu sama parzyła – mruknął do siebie. – Zawsze zbyt długo moczy torebkę, głupi babiuch”. Ale nie dał poznać po sobie złości, bo był przecież szarmanckim mężczyzną, który szarmancję wobec kobiet wyssał z mlekiem matki. Chwycił pulchną dłoń pani Beaty i złożył na niej długi, mokry pocałunek, taki jaki należy się prawdziwym kobietom od prawdziwych mężczyzn. To, że podczas wykonywania manewru herbata wylała mu się za kark, wcale go nie zbiło z pantałyku – przecież i tak była za mocna.

Protokół został gwałtownie przerwany okrzykami zza okna Sejmu. Ponieważ ktoś nieopatrznie pozostawił uchylony lufcik, do uszu Zbasława doszły okrzyki o tyranii, prawie i wolności. Nic z tego nie rozumiał.

– Bzdury. Potworne bzdury. Jeszcze dziś wieczór wszyscy buntownicy poniosą zasłużoną karę. Ale, ale… czego to się oni domagają? Słyszałem jakieś dziwne słowo, którego wcale nie rozumiem. Tak coś jak „wol”, „wolność”… Co to znaczy?

Pan Joachim rozłożył ręce. On też nie znał takiego słowa.

– A może ty wiesz? – zwrócił się władca do stojącego obok pana Zbyszka, pseud. Zerro.

– Nie mam pojęcia – odparł człowiek w czerni. – Mogę powiedzieć, co znaczy spolegliwość, brak honoru, przetrącony kręgosłup, serwilizm, szubienica, sznur, pętla, miecz lub topór – ale nie umiem wyjaśnić słowa „wolność”.

Tyran pobiegł do półki z książkami i wyjął z niej ostatni tom encyklopedii, wydanej niedawno na jego rozkaz. Szybko obracał kartki grubej księgi, aż znalazł poszukiwane hasło. Przeczytał:

„Wolność – pojęcie, które winno być raz na zawsze wykreślone ze słownika. Słowo przestarzałe, nie mające żadnego znaczenia. W dawnych czasach chętnie używane przez tych, którzy buntowali się przeciwko władzy”.

Nagle tłum zgromadzony na placu podjął potężny okrzyk: – Niech żyje wolność!

Tyran spojrzał z pogardą na morze ludzkich głów falujące przed pałacem.

– Idioci – rzekł do Zerro. – Domagają się czegoś, co nie ma żadnego znaczenia. Wyjdę do nich i wytłumaczę im, że są w błędzie.

W następnej chwili poleciały na balkon kamienie, ziemniaki, a nawet jabłka. Zbasław błyskawicznie zepchnął Zerro do fosy pełnej błota i żab, sam zaś pobiegł ku najdalszemu zakątkowi ogrodu. Stała tam mała altanka, obrośnięta liśćmi dzikiego wina, a w niej wielka beczka napełniona wodą. W beczce tej władca kraju chętnie spędzał godziny popołudniowego odpoczynku. W tej chwili marzył tylko o tym, aby się schować przed nacierającymi buntownikami. Zanurzył się więc po szyję.

Stanisław Pagaczewski, Przygody Baltazara Gąbki Bartosz Hlebowicz

————————————————————————————————————————

Wcześniejsze przygody Zbasława – patrz tutaj.

Patrz też:

Tandeta władzy

Wielki Plan Chaosu

Reklamy

Otagowane:, , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: