Ciastko od Geronima

taos-i-inne-151bDziennik z podróży po indiańskiej Ameryce

Brał mnie może za turystę, który przemierzył pół świata, by zobaczyć Monument Valley, podczas gdy tuż obok płynie życie ubogich — sądząc po zabudowaniach — ludzi. Może myślał, że nic mnie to nie obchodzi, podziwiam tylko monumentalne skały. A prawda jest taka, że bardzo mnie obchodzi, tylko nie zawsze wiem, jak zapytać, żeby nie zostać wziętym za intruza.

piątek, 9 lipca 2004

Taos. Upał. Pow–wow. Podróż z Johnem, Kiową. Wyruszyliśmy razem z Carnegie w Oklahomie. Nie jestem zadowolony z tego towarzystwa, ale za późno, by się wycofać.

Nie wypada mi go zostawić. Przejeżdżaliśmy przepiękną trasą: północno-wschodnim pasem Nowego Meksyku: góry, kaniony, potoki górskie. Trudno się powstrzymać od robienia zdjęć. Nie powstrzymywałem się.

Północny Nowy Meksyk

Północny Nowy Meksyk

Upał. Czasem ożywiający wiatr. I znowu upał, ucisk w skroniach. Pow-wow odbywa się na płaskim terenie otoczonym siatką, a w dalszym planie — górami. Pięknie, pięknie, pięknie.

Samo miasteczko Taos niezwykłe: słynne budynki z ciemnożółtej gliny, przeurocze.

Nocujemy w samochodzie w obozie za areną pow–wow.

Taos

Taos

niedziela rano, Taos

Indianie, których tu spotkałem, uwielbiają się upijać. Martin Romero (spotkaliśmy go na pow-wow) pijany w sztok. Inni też. Jego siostrzenica w superminispódniczce i z wyzywającym biustem w alkoholowym natchnieniu potrząsając pięścią, zaciśniętą na butelce, krzyczy do mnie przez dziesięć minut, że trzeba the fuck szanować matkę ziemię i że nie wolno jej zaśmiecać i że ona tego the fuck uczy swoje dzieci. Tak się podnieca, że w którymś momencie pojmuję, że to ja, wysłannik białej rasy, jestem winien globalnego zanieczyszczenia ziemi. Dziewczyna dopija piwo i pustą butelkę rzuca w ogień, gdzie zalega już stos butelek. Wszystko działo się wczoraj wieczorem i w nocy po zakończonym dniu pow-wow, w „49” — indiańskim klubie bez lokalu, miejscu, gdzie młodzi ludzie realizują swoją zdegradowaną „duchowość”. Piją, śpiewają, bębnią, biją się, mężczyźni zdradzają swoje kobiety, kobiety krzyczą… To „impreza towarzysząca” pow-wow, organizowana w lesie, kilometr czy dwa od głównego placu tanecznego. Uniesienie i radość, które czuje się podczas zmagań tancerzy w ciągu dnia, tutaj zamieniają się w prymitywne emocje „słodkiego życia”, bezmyślne pulsowanie ciał…

„49”, jak wyjaśnia John, wzięło się od rzekomego prawa „section 49”, które zabraniało Indianom religijnych zgromadzeń, a współcześnie „49” to ironiczne nawiązanie do tego przepisu. I Indianie gromadzą się, aż się kurzy! Fajna historia, a John lubi opowiadać.

Pierwszy obrazek: zajeżdżamy na miejsce, ognisko, przy nim kilku chłopaków grających na bębnie i usiłujących wyśpiewać indiańską pieśń. Bezskutecznie, z samochodu obok ryczy dziesięć razy głośniej tranzystorowy mechaniczny hip–hop. Jest też akcent „polski”: jeden z tubylców dowiaduje się, że jestem z Polski, pyta: „Gdzie masz wódkę?”. Drugi obrazek: Indianin popycha drugiego tak mocno, że ten przebiega tyłem parę metrów, bezskutecznie próbując złapać równowagę. Padając, uderza głową zaledwie parę centymentrów od ogniska. Nieco dalej, obrazek trzeci, bije się dwóch chłopaków, widzę tylko i słyszę innych biegnących w tamtym kierunku. A gdy już opuszczam „klub 49” (po 4 rano), jestem świadkiem, jak dziewczyna bije chłopaka, drze na nim koszulę i krzyczy: Why did you fucken do this to me?

Droga powrotna do obozu w samochodzie jakichś wyrostków, z radia warczy rap. Z półmroku wyłaniają się kontury olśniewających gór Sangre de Cristo dookoła Taos. Myślę sobie, po raz kolejny tego dnia, że to miejsce doskonale obeszłoby się bez ludzi, podczas gdy odwrotna sytuacja byłaby niemożliwa.

Góry Sangre de Cristo

Góry Sangre de Cristo

Dzień zaczyna się wizytą u dziewczyn, które nocują w sąsiednim namiocie. Częstują marihuaną (pasuję), colą i kawą. Teraz nawet jedna z nich, Roberta, przygotowuje kotlety. Upał. Otrzymujemy zaproszenie na środę do pueblo Cochiti, dwie godziny jazdy stąd na południe, między Santa Fe a Albuquerque. Roberta jest stamtąd i razem z krewnymi z rodu turkusa będzie brać udział w ceremonii Tańca Kukurydzy. Może nas przenocować z wtorku na środę.

Taos, powwow, lipiec 2014

Taos, powwow, lipiec 2004

Powwow w Taos, lipiec 2004

Powwow w Taos, lipiec 2004

Tymczasem dziś ruszamy do Arizony, do rezerwatów Ute i Nawahów, do Mesa Verde i tego wszystkiego, co ujrzymy po drodze.

 

poniedziałek, 12 lipca, sometimes happy, sometimes blue

Wciąż w Taos, mój samochód nawala. Od dziś nocujemy w namiocie przed domem Romerów. Geronimo (na cześć św. Hieronima), brat Martina piecze ciastka w piecu na podwórku. Robi to codziennie, matka przygotowuje ciasto, a on piecze. Pracował jako kucharz, ale woli, jak mówi, nie pracować dla innych, żeby dzięki niemu stawali się bogaci czy sławni. Oficjalnie jest więc bezrobotny, a wypieki sprzedaje na targach w okolicznych miasteczkach.

Geronimo piecze chleb.

Geronimo piecze chleb.

Opowieść o dorocznym polowaniu tutejszych Indian na króliki.

Zawsze 24 lipca. Kiedyś jego wujek stawił się na polowanie pijany i odtąd Geronimo i rodzina nie biorą udziału w polowaniu. Geronimo opowiada, że starsi, gdy zobaczyli wujka pijanego, kazali rodzinie zabrać go stamtąd. Polowanie to jednocześnie ceremonia. Byli dzieciakami, nie znali drogi do domu. Geronimo pamięta, że musieli jednego z kuzynów nieść na rękach, żeby mógł dojrzeć gwiazdy i wskazywać, w którą stronę iść. Zapytałem, czy by mu pozwolono, gdyby teraz zechciał wziąć udział w polowaniu. Tak, ale nie uczestniczy w polowaniach z powodu wstydu, jakiego narobił im wujek. „Zepsuł to na zawsze”.

Filmowałem Geronima piekącego chleb, zrobiłem kilka zdjęć, potem, gdy odjeżdżał z mamą do Espanioli, by sprzedawać chleb, zrobiłem im zdjęcie z górami w tle oraz dwa na tle domu.

Geronimo z matką, lipiec 2004

Geronimo z matką, w tle góry Sangre de Cristo lipiec 2004

 

W polowaniu biorą udział konni i piesi, konni po bokach, piesi w środku. Konni zaganiają króliki do środka. Zabija się je za pomocą pałki. Robi się je z roślin, z których wyrastają długie łodygi. Łodygi się odcina, zaokrąglone bulwy wydrąża. Są wystarczająco twarde, by ogłuszyć królika. Geronimo opowiada, że powinno się je przygotowywać dzień wcześniej. Dzieci wybierają się na poszukiwanie tych roślin, ponieważ nie rosną one wszędzie. Zapytałem, czy nadal tak się robi.

— To zależy od rodziny.

John sprawdza hamulce w moim samochodzie i wymienia przednie zdarte koła z tylnymi. Będę musiał kupić jedną oponę używaną, ale nie tak zużytą jak moja. To może kosztować ze dwadzieścia dolarów. Potrzebuję też płyn do hamulców — prawdopodobnie jego brak powodował wczoraj świecenie czerwonej lampki z ostrzeżeniem, że coś nie tak z hamulcami.

Pracujemy nad moim taurusem we trójkę, na przemian słuchając miejscowej indiańskiej stacji (co oznacza: prowadzonej przez Indian, bo muzyka, którą puszczają, to country — jak w innych stacjach. Jedyna różnica to zapowiedzi z indiańskim akcentem — niezależnie, w której części Stanów mieszkają, tubylcy — tak się wydaje — zawsze mają ten sam akcent) z samochodowego radia i moich kaset z Tomem Waitsem, Cohenem i Patricią Barber (nie chciałem nic im narzucać, ale cierpliwość antropologa przegrała z gwałconą wrażliwością mego ucha) — wyrozumiale przeczekują moje fanaberie i po pół godzinie proszą o powrót do country.

Spotykam ludzi, spędzam z nimi czas, zapraszają w różne miejsca, częstują jedzeniem. Jest dobrze. Wczoraj jedliśmy w domu Martina, a wieczorem u jego siostry. „Opłaciłem się” trzema kwartami piwa — razem ponad $20.

 

wtorek, 13 lipca

Wciąż w Taos. Samochód nadal w rozsypce. Zastanawiam się, czy nie zrezygnować z podróży do rezerwatu Nawahów.

 

środa, 14 lipca

Cochiti. To był dobry dzień. Wczoraj wieczorem dotarliśmy do Cochiti, samochód szczęśliwie na chodzie — dzięki pracy Johna.

Taniec Kukurydzy. Cały dzień. Upał. Na koniec obiad u znajomych Roberty.

 

sobota, 17 lipca

W takim ruchu wszystko się odbywa, że dopiero teraz piszę. Ranek, jesteśmy z Johnem w rezerwacie Apaczów Jicarilla, w Dulce (Nowy Meksyk). Pow–wow, festyn, rodeo, nieco już męczące dla mnie imprezy. Teraz czekamy na paradę — przejazd Indian przebranych za Indian w stronę miejsca, gdzie odbywa się pow-wow.

 

083_83

jicarilla_92

Z Cochiti, gdzie spędziliśmy dwa dni, wróciliśmy do Taos, żeby odwieźć Martina. Zabrała się z nami Roberta, nasza gospodyni w Cochiti. Jej samochód się zepsuł w Taos, kiedy wracała z pow–wow, zostawiła go u mechanika. Teraz był gotowy.

Przedostatniego dnia w Taos u Martina odmówiłem chłopakom kupna piwa. Wcześniej kupowałem je codziennie i atmosfera była OK, zwłaszcza Martin był w miarę uprzejmy. Od momentu, kiedy odmówiłem, zrobiło się ciężko. Dopiero zrozumiałem, że bardzo się różniliśmy w kwestii piwa. Kupowałem je, bo tak było po prostu dobrze: spędzaliśmy czas razem, było okropnie gorąco, więc wspólne picie chłodnego napoju było czymś dla mnie normalnym. Martin i John najwyraźniej uważali, że to mój obowiązek.

Od tego czasu Martin prawie się nie pokazywał, John był nadęty. Ostatniego dnia Martin dał mi wykład o tym, że powinienem odpłacać, kiedy inni coś mi ofiarują i że w kraju Apaczów, dokąd jadę, ludzie będą używali ostrzejszych słów, jeśli będę się tak zachowywał.

Zapytałem, o co dokładnie mu chodzi i czy nie okazywałem wdzięczności należycie.

Yes.

Kupiłem mu papierosy, dałem pieniądze na benzynę, zabrałem na Taniec Kukurydzy do Cochiti.

That’s nothing.

Właśnie zrobiłem przerwę w pisaniu i odbyłem rozmowę z moim towarzyszem podróży. Bez sensu, hipokryta. Nie rozumiem sam siebie, wiozę Johna własnym samochodem aż z Carnegie, w Oklahomie, dopiero po wyruszeniu informuje mnie, że nie ma pieniędzy na benzynę, jedzenie, na nic. I jest obrażony.

Trwa festyn. Oczekujemy na paradę, w tle beznadziejne country, infantylne, zagłuszające prowadzącego imprezę. Zdaje się, że ta muzyka stała się częścią kultury indiańskiej. Albo Indianie stali się częścią przaśnej kultury amerykańskiej.

Bardzo jestem zmęczony tą podróżą.

 

niedziela, 18 lipca

Mesa Verde. Przenocowałem tutaj. Nie ma nic lepszego niż poranny prysznic. Za parę minut otworzą stację benzynową (mam pusty bak) i będę dalej podróżował po MV, potem planuję „uderzyć” Shiprock i Monument Valley.

Mesa Verde, 2004

Mesa Verde, 2004

John został w Dulce, na pow-wow z moim namiotem i wypiekami od pani Romero. Ja musiałem choć na krótko się od niego oderwać. Szkoda, że ograniczyłem się czasowo i muszę po niego wracać.

Mesa Verde piękne, najwznioślejsze chwile przeżyłem przy ruinach puebli sprzed tysiąca lat, obleczonych ciepłym zachodzącym słońcem.

Niestety, nie mogłem tam nocować, jakiś patrol pewnie prędko by mnie obudził.

Dochodzi siódma.

 

poniedziałek

Wczoraj szaleńcza jazda Mesa Verde–Monument Valley i z powrotem do Dulce, tam jestem umówiony z Johnem. Około drugiej w nocy o mało się nie zabiłem zasypiając za kierownicą. Nie wiem, dlaczego się obudziłem, ale tej nocy w Arizonie miałem naprawdę szczęście: stało się to w momencie, gdy samochód właśnie brał zakręt, a w dole rozpościerał się jakiś kanion.

Tu zatrzymałem się tuż po niedoszłym wypadku

Tu zatrzymałem się tuż po niedoszłym wypadku

wtorek, 20 lipca

Z powrotem w Taos. Pobudka z radia. Dotarłem tu wczoraj rano. Odpoczynek po niedzielnym wariactwie, a wieczorem pomagałem Geronimo w pieczeniu chleba i ciastek, w nagrodę otrzymuję jedno. Geronima zapamiętam najmilej.

W Monument Valley szukałem pięknych widoków, pamiętając, że John Ford upatrzył sobie to miejsce na kręcenie westernów. Do nielicznych spotkań z Nawahami należała krótka podróż z kilkunastoletnim Jonathanem. Zasuwałem szosą 160 West objeżdżając Monument Valley od południa, a on łapał autostop. Zawiozłem go do domu znajomych w Kayenta. Brał mnie może za turystę, który przemierzył pół świata, by zobaczyć Monument Valley, podczas gdy tuż obok płynie życie ubogich — sądząc po zabudowaniach — ludzi. Może myślał, że nic mnie to nie obchodzi, podziwiam tylko monumentalne skały. A prawda jest taka, że bardzo mnie obchodzi, tylko nie zawsze wiem, jak zapytać, żeby nie zostać wziętym za intruza.

Jonathan wyskoczył z samochodu, powiedział dziękuję i na tym się skończyło. Ja zdążyłem na wieczorną sesję w Monument Valley.

Monument Valley, lipiec 2004

Monument Valley, lipiec 2004

Osiedle Nawahów w Kayenta

Osiedle Nawahów w Kayenta

Dziś wieczorem docieram do Puebla Zia, po drodze fotografuję Pueblo San Juan (tu urodził się wódz Pope, dlatego tu skręcam, ale śladów o nim żadnych, za to jest cmentarz św. Jana Chrzciciela i kościół zbudowane z tej samej suszonej cegły co budynki mieszkalne — uroczo) i wędruję po Bandelier, podziwiając starożytne dziuple — domy indiańskie wydrążone w skałach. W Zia spotykam Johna, który nie czekał na mnie w Dulce. Widzimy się krótko, on upija się z miejscowymi. Najwyższy czas na definitywne rozstanie.

 

środa wieczór

Fort Sumner, w południowo–wschodnim Nowym Meksyku. Siedzę na masce samochodu, jest parno, na szczęście lekki zimny wietrzyk ratuje sytuację. Przed chwilą, rozświetlając ciemności światłem kamery, sfilmowalem grób Billy Kida. Przenocuję tutaj, żeby jutro z samego rana odwiedzić muzeum — Fort Sumner. To tutaj istniał rezerwat Bosque Redondo, do którego siłą przepędzono Nawahów w 1863 roku w W słynnym „Długim Marszu” (Long Walk). Nie udało mi się zobaczyć Fort Defiance w Arizonie, w obecnym rezerwacie Nawahów na ich ziemi ojczystej (z Fort Defiance pędzono ich do obozu w Fort Sumner), ale jutro zobaczę za to Fort Sumner i być może Bosque Redondo, jeśli coś z tego jeszcze zostało.

Parkuję tuż przed wejściem na teren muzeum. Kusi mnie, żeby za samochodem rozbić namiot. Czy mogę za to dostać mandat lub wylądować za kratkami? Nic z tego. W tę ziemię nie udaje się wbić śledzia.

 

czwartek rano, 22 lipca

Steve Toya z pueblo Zia powiedział mi, że „my tu zawsze byliśmy. Ta cała historia z Cieśniną Beringa to nie o nas. Inni, owszem, przybyli tu przez nią, ale my jesteśmy stąd”. W innym momencie mówił o sobie jako o Komanczu: „nie należę do tego miejsca (pueblo), należę do Komanczów. Chcę zostać medicine man, ale nie tutaj”. To mi przypomina rozmowę z Robertą Chavez w Cochiti. Ma mieszane pochodzenie: częściowo jest Hopi, częściowo Mesquaqi (Fox) z Iowy, częściowo Cochiti… Zarejestrowana jest jako Cochiti. Mówi, że jej babka i kobiety w jej rodzinie zawsze były medicine women wśród Mesquaqi, ale ona tam, gdzie mieszka (Cochiti), nie ma szans, by kontynuować tradycje rodzinne. U Cochiti funkcje ceremonialne sprawują mężczyźni. Roberta pracuje w agencji plemiennej, ale uważa, że plemię źle się rządzi, a władze są skorumpowane.

Myśli o przeniesieniu się do Mesquaqi. Z wykształcenia jest biologiem. W Cochiti o niej i jej przyjaciółce Chritinie mówią „outsiderki”, bo mają wyższe wykształcenie i nie wychowały się w rezerwacie.

Z Robertą Chavez, pueblo Cochiti, 2014

Z Robertą Chavez, pueblo Cochiti, 2004

Nadal jestem w Fort Sumner. Przetrwałem noc, w miarę wygodnie mi się spało na składanym wysuwanym siedzeniu kierowcy. O poranku użyłem nieco wody (jeszcze z Taos, najlepsza woda do picia, prosto z górskich strumieni do kranów w indiańskich domach) do ablucji i zupełnie dobrze się czuję.

Twarz przemyję już na terenie muzeum. Wracam do lektury Indians of American Southwest Stephena Trimble’a.

10.50 rano. Wizyta w zrekonstruowanych murach Fort Sumner zakończona. W miasteczku Taiban zostawiam listy na poczcie, jadę dalej.

Z Fortu Sumner nie zostało nic, żadnych ruin. Zrekonstruowano fundamenty, a w miejsce dawnych ścian zbudowano półmetrowe murki i poustawiano tablice z informacjami, gdzie znajdowały się kwatery oficerów, latryny, szpital dla żołnierzy, szpital dla Indian etc. Jest też zaznaczone miejsce, w którym stały koszary piechoty (do ich budowy zmuszono Nawahów). Wokół dawnego fortu wytyczono tzw. nature trail — szlak dla zainteresowanych miejscową przyrodą (w USA takie ścieżki są bardzo typowe, uparcie przemierzałem je wszędzie, gdzie tylko się na nie natykałem, na przykład wokół kopców Angel Mounds w Indianie czy przy muzeum Oneidów w rezerwacie niedaleko Green Bay w Wisconsin). Strumyk przedziera się przez bujną roślinność. Przyjemność wdychania ciepłego powietrza, wrażenie, że ma ono własny miodowy zapach. Tu jest też miejsce, gdzie Pat Garrett zastrzelił Henry’ego McCarty’ego, czyli Billy Kida. Kilkanaście lat po tym, gdy Fort Sumner opuścili Nawahowie. Historia dla mnie pamiętna głównie ze względu na kapitalny film Sama Peckinpaha. I jeszcze uwagę zwraca stos kamieni i drewniana tablica w brązowym kolorze. Napis informuje, że kamienie znieśli Nawahowie w 1971 roku, aby uczcić przodków, którzy tu umierali na wygnaniu (w ciągu pięciu lat w obozie w Fort Sumner zmarły trzy tysiące Nawahów). Od pani pilnującej terenu muzeum dowiaduję się, że Nawahowie wciąż odwiedzają to miejsce, choć mieszkają kilkaset mil na zachód.

— Wszyscy płaczą.

picture-260_fort-sumner_22-lipca-2004

„Kamienie te przyniesiono ze wszystkich zakątków rezerwatu Nawaho w lutym 1971 roku dla upamiętnienia wypędzonych Nawahów, którzy umarli tutaj w latach 1863–68” Fort Sumner, Nowy Meksyk, 22 lipca 2004

 

23.00 Jestem w Oklahomie, kilkadziesiąt mil od Carnegie. Nie mogę jechać dalej — jestem piekielnie zmęczony. Jechałem od rana, jak tylko opuściłem Fort Sumner, do czwartej czy piątej, potem godzina przerwy (wizyta w Adobe Walls, w północnym Teksasie, gdzie Komancze dwukrotnie potykali się z białymi) i znowu jazda aż do teraz. Jedenaście godzin.

Uff. Zabiłem szopa, stał na środku drogi, tuż za wzniesieniem. Nie miał szans, ja też, by go wyminąć. Znowu nocleg w samochodzie.

 

 

Four Corners

Four Corners

Wałęsanie się po indiańskiej Ameryce latem 2004 roku było częścią projektu finansowanego przez Fundację Kościuszkowską dotyczącego indiańskiego zapamiętywania i odpominania historii. Prezentowany tutaj fragment dziennika jest efektem ubocznym moich badań. Tekst pierwotnie opublikowany w „Tawacin” 1 (73), wiosna 2006.

BH

Reklamy

Otagowane:, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: