Pierwsze kroki Kolumbów

BARTOSZ HLEBOWICZ

106_dulce

Apaczka z grupy Jicarilla, Dulce, Nowy Meksyk, lipiec 2004

Sides, będąc dobrym narratorem, znajduje w swych historiach ironię, jak w opisie kampanii przeciw Nawahom, polegającej na rozbijaniu melonów, garnków i strzelaniu do starych kobył. Albo wtedy, gdy opowiada o niezwykłym spotkaniu Nawahów z amerykańskimi żołnierzami jesienią 1846 roku, zakończonym – zamiast krwawej jatki, jak by przewidywał scenariusz westernu albo chciał wyznawca idei oczywistego przeznaczenia – wspólnym szalonym tańcem, ucztowaniem i wymianą ubrań.

W 1935 roku młody antropolog, Edward T. Hall, wspiął się na okrągły szczyt świętej góry Nawahów – Navajo Mountain, na granicy stanów Utah i Arizony. Rozciągający się przez kilka mil kwadratowych szczyt porośnięty był osikowym lasem. Te drzewa pojawiają się tam, gdzie miała miejsce wycinka lub wypalanie. Hall przyjrzał się uważniej ziemi: cała była pokryta szkieletami powalonych świerków. Gałęzie były nietknięte, co oznaczało, że świerki nie padły ani ofiarą pożaru, ani wichury. Po przestudiowaniu wyglądu pni, doszedł do wniosku, że wszystkie drzewa zostały ścięte siekierami. Musiało tego dokonać – zdaniem Halla – ze stu mężczyzn i musiało to nastąpić pięćdziesiąt-siedemdziesiąt lat wcześniej.

Co za absurdalna historia! Dlaczego oddział drwali miałby się wdrapać tak wysoko, na odludziu, ściąć zagajnik i zejść z powrotem, zostawiając wszystkie drewno?

 

Wojna niechwalebna

Hall znalazł odpowiedź w książkach. Zdjęcie w jednej z nich przedstawiało żołnierza stojącego pośród ściętych drzew. Żołnierz należał do armii Kita Carsona, która latem 1863 roku wtargnęła na ziemie Nawahów z zadaniem, ni mniej, ni więcej, wyłapania wszystkich Prawdziwych Ludzi (bo to oznacza Diné – nazwa, którą Nawahowie sami stosują) i przegonienia ich trzysta mil na wschód, do nowo tworzonego rezerwatu w Nowym Meksyku, z dala od ojczyzny. Carson kazał żołnierzom ściąć świerki, żeby zapewnić otwartą przestrzeń dla heliografu – urządzenia pozwalającego za pomocą luster odbijających promienie słoneczne przesyłać wiadomości na olbrzymie dystanse. „Wiadomości” żołnierzom dostarczali Indianie Ute, znakomici tropiciele, wierni przyjaciele Carsona i zaprzysięgli wrogowie Nawahów. Brzmiały one tak: „Odkryliśmy obóz Nawahów”. Żołnierze wiedzieli, co mieli dalej robić.

Jedyne znaki na odległość, jakie pamiętam z westernów, przekazywali sobie przebiegli – albo, w zależności od punktu widzenia, zdradzieccy – Apacze. Błyskali ze szczytów gór kawałkami szkła albo słali znaki dymne. Ale setka żołnierzy, którzy mozolnie wdrapują się na szczyt i karczują las zamiast staczać z Indianami bitwy, atakować ich wioski czy tradycyjnie jechać na odsiecz okrążonym przez nich osadnikom to obrazek nieznany w „starej historii Zachodu”, czyli dawnej historiografii amerykańskiej, najlepiej uosabianej przez filmowe westerny.

Wprawdzie Hampton Sides, w nowo wydanej książce o podboju Amerykańskiego Zachodu Krew i burza nie przytacza historii z wycięciem świerkowego lasu, ale plastycznie odtwarza wiele innych fragmentów kampanii Carsona przeciw Nawahom, w stylu zgoła nieprzypominającym starych opowieści z Dzikiego Zachodu. Opisuje pierwszą wyprawę – osiemset kilometrów – której efektem było zabicie przez żołnierzy … dwunastu Nawahów i wzięcie kolejnego tuzina do niewoli. Nie była to, jak zauważa Sides, wojna chwalebna. „Brakowało w niej honorowych bitew i wielkich zwycięstw”. Nawahowie nie mieli zamiaru podejmować regularnej bitwy, a na swoim własnym terenie, pełnym wąwozów, potrafili się świetnie chować. Zawsze zresztą żyli w rozproszeniu, co bardzo ułatwiało taktykę obronną. Żołnierze mieli za zadanie niszczyć wszelki napotkany na swej drodze dobytek Nawahów. Tratowali więc i palili nawahijskie pola kukurydzy, pszenicy i melonów, tłukli nawet indiańskie garnki i koszyki, tak żeby Nawahowie nie mieli w czym przenosić pożywienia. Żołnierze rzucili się nawet w pogoń za starą szkapą indiańską, którą zastrzelili na koniec wspinaczki po stromej skale.

img_1235

Kraj Nawahów, lipiec 2004

Tragiczni odkrywcy

Sides zajmująco i rzeczowo opowiada o tym, jak „zdobywano Dziki Zachód” w latach 1840-1868: o wyprawach wojskowo-badawczych Johna Frémonta, o wojnie Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, o poskromieniu Nawahów. Kreśli żywe sylwetki głównych bohaterów wydarzeń, m.in. amerykańskich oficerów: Stephena Wattsa Kearny’ego, Johna Washingtona, Henry’ego Hopkinsa Sibleya, Edwarda Canby’ego, pastora-mordercy Szejenów Johna Chivingtona, a także senatora Thomasa Bentona, gubernatora Nowego Meksyku Charlesa Benta czy wodza Nawahów Narbony (być może za mało jednak uwagi poświęcając innym, Manuelito czy Barboncito). Nad wszystkimi góruje jednak postać Kita Carsona, który za żonę miał Meksykankę, przyjaźnił się szczerze z Indianami Ute i wiernie służył Stanom Zjednoczonym. Był kolejno łowcą bobrzych skór, wojskowym posłańcem i zwiadowcą, uczestnikiem walk z Meksykanami, z konfederatami, z Apaczami, pułkownikiem kierującym ujarzmianiem Nawahów, a potem pomagał im jako agent w rezerwacie. Wydaje się, że Carson znał wszystkich najważniejszych aktorów ówczesnych wydarzeń i był zawsze tam, gdzie Stany Zjednoczone go potrzebowały. Kto wie, jak skończyłyby się wyprawy Frémonta w Góry Skaliste, gdyby nie zwiadowcze umiejętności Carsona. To on poprowadził armię Kearny’ego w najdłuższym w historii – dwa tysiące mil! – marszu wojska amerykańskiego: z Santa Fe do Kalifornii. To on stał u boku gen. Kearny’ego w bitwie pod San Pasqual w 1846 roku i to on biegł po pomoc do armii amerykańskiej w San Diego. Carson odegrał też istotną rolę w bitwie pod Valverde w Nowym Meksyku z konfederatami gen. Sibleya (1862). Tylko dzięki jego zimnej krwi żołnierzom udało się wycofać z Adobe Walls w 1864 roku, kiedy zanosiło się na masakrę z rąk Kiowów i Komanczów. I wreszcie, to on ujarzmił Nawahów.

W Krwi i burzy Carson przedstawiony jest więc jako jeden z tych, bez których ukształtowanie się Stanów Zjednoczonych w XIX wieku byłoby trudniejsze. Jednak autor zauważa, że wszystko, czego się tknął Carson, ginęło, począwszy od bobrów, na które jako wolny człowiek gór polował w młodości. Skończyły się wesołe doroczne zebrania z innymi ludźmi gór. Indianie, wśród których kiedyś mieszkał, umierali od chorób, zapędzani do rezerwatów. „Dzikie” przestrzenie, które niegdyś przemierzał, wpadły w ręce mierniczych. U Sidesa pobrzmiewa więc melancholijny ton westernowych opowieści o samotnych bohaterach, forpocztach „cywilizacji”, którzy jednak sami do niej nie pasują. Pomagają ujarzmić dziką naturę i Indian, po czym ich czas mija, bo sami sercem przynależą do wilderness. Trochę jak Shane – „jeździec znikąd” czy Ethan – John Wayne w słynnych „Poszukiwaczach” Johna Forda.

Mit Dzikiego Zachodu nieraz mieszał się z rzeczywistością. Tego pomieszania dowodzi niejako sama potrzeba pisania o takim bohaterze jak Kit Carson, o którym powstały w przeszłości dziesiątki niemądrych powieści i telewizyjnych filmów. Na szczęście Sides, choć bez wątpienia korzysta z popularności mitu, gra w innej lidze. Sam podkreśla, jak mit wykrzywiał historię jeszcze za życia jej bohaterów. Przywołuje gorzką historię o pościgu z Carsonem na czele za grupą Apaczów Jicarilla, którzy porwali białą kobietę. Indian wprawdzie dopadł, ale ci zdążyli zastrzelić kobietę. Wśród jej rzeczy żołnierze znaleźli książkę o… przygodach Carsona, który ratuje białą niewiastę z rąk Indian… Carson stał się „protoplastą bohaterów Dzikiego Zachodu. Dżentelmen Matki Natury i oryginalny jeździec znikąd. Carson miał tego wszystkiego serdecznie dosyć” (s. 361). Mit Carsona rozwijał się obok prawdziwego człowieka, czyniąc z niego – jak podsumowuje autor – karykaturę.

kit-carson_lc

Kit Carson

picture-238-manuelito-wodz-nawahow_-22-lipca-2004

Wódz Nawahów, Manuelito

 

Powinność Amerykanów

Chociaż Krew i burza to rzecz popularyzatorska, jej autor nie fantazjuje. Nie epatuje krwawymi opisami walk czy tortur, ale i nie idealizuje bohaterów. Raz pokazuje Carsona jako wściekłego zabójcę Indian, innym razem jako ostrożnego przywódcę starającego się zminimalizować straty własne i wroga. Przypomina o siejących spustoszenie w nowomeksykańskich osadach najazdach Nawahów, ale potrafi sięgnąć po klasyków antropologii, by ze zrozumieniem opisać ich zwyczaje. Dzięki niemu dowiadujemy się, że Indianie byli nie tylko wojownikami czy łupieżcami. To nie jest historia kreślona w biało-czarnych kolorach, lecz rzetelny opis wypadków i procesów, umiejętnie przetykany mini-opowieściami o poszczególnych bohaterach. Na pochwałę zasługuje też przystępny język tłumaczenia, niezależnie od kilkunastu drobnych błędów gramatycznych pozostawionych przez korektę. Satysfakcję z lektury psują jednak błędy merytoryczne w polskim tłumaczeniu, np. wymyślanie nieistniejących ludów indiańskich, jak „Jutowie”, tłumaczenie „Sioux” z oryginału jako „Dakotowie” zamiast „Siuksowie” albo dodany przez tłumacza przypis o trzech rzekomo „sprzymierzonych plemionach”: Lakotach, Dakotach i Nakotach, tworzących razem naród Siuksów (s. 51). W rzeczywistości Nakotami sami Siuksowie nazywają dwie, odrębne od nich, grupy: Assiniboinów i Stoney. Chaos wprowadza też nadużywanie terminu-wytrycha „plemię” na określenie każdego ludu i każdej grupy tubylczej Ameryki Północnej, niezależnie od jej rozmiaru i zorganizowania społecznego. Niezrozumiałe jest wreszcie umieszczenie w Indeksie odrębnych haseł dla „Diné” i „Nawaho”, skoro oznaczają one ten sam lud, o czym zresztą wspomina autor w pierwszych rozdziałach książki. Wreszcie, w liczącej ponad 600 stron książce opowiadającej o autentycznych fascynujących postaciach i miejscach nie ma ani jednego zdjęcia!

W 1845 roku nowojorski wydawca John O’Sullivan pisał o „oczywistym przeznaczeniu” (w Krwi i burzy niefortunnie tłumaczonym jako Boskie Przeznaczenie) narodu amerykańskiego, którym było opanowanie – z woli Opatrzności – całego kontynentu północnoamerykańskiego. O’Sullivan wzywał do wchłonięcia przez Stany Zjednoczone Teksasu, będącego wówczas niezależną republiką, która dopiero co oderwała się od Meksyku. Z czasem jednak ukuty przez niego termin zaczęto odnosić w ogóle do konieczności ekspansji Amerykanów: aneksji pozostającego w rękach Brytyjczyków Oregonu i podboju ziem indiańskich na zachodzie.

Gdy w ciągu półwiecza Amerykanie wypełnili swoją powinność, odebrawszy Meksykowi połowę jego terytorium, osadzając Nawahów, Siuksów, Komanczów, Apaczów i inne ludy Wielkich Równin w rezerwatach, mordując tubylców Kalifornii i dochodząc do Pacyfiku, niejaki Frederick Jackson Turner, młody historyk, w 1893 roku wygłosił odczyt o „Znaczeniu granicy w amerykańskiej historii”. Moment i miejsce były znaczące: Turner przedstawił swoją tezę podczas Światowej Wystawy w Chicago, świętującej czterechsetlecie „odkrycia” Ameryki przez Kolumba, w mieście-symbolu anglosaskiej cywilizacji, która w ciągu zaledwie jednego pokolenia zapełniła „dziką pustkę” nad brzegiem jeziora Michigan. Turner ogłosił, że pokonywanie kolejnych granic w parciu na zachód było budulcem nowej, amerykańskiej tożsamości. Im dalej biali ludzie posuwali się na zachód, tym bardziej pozbywali się wschodniej, europejskiej tożsamości, z poświęceniem podporządkowując sobie dzikie krajobrazy, dzikie zwierzęta i dzikich ludzi.

Oczywiste przeznaczenie i konieczność pokonywania granic – choć dziś uznane za niegodziwą ideologię (O’Sullivan) i nietrafną tezę historyczną (Turner) – przez z górą setkę lat dawały paliwo dla amerykańskiej kultury popularnej: XIX-wiecznych powieści groszowych oraz z gatunku blood and thunder, pierwszych niemych filmów o „kowbojach i Indianach” i późniejszych klasycznych westernów Johna Forda i innych.

Na przykład we wstępie do westernu „Kit Carson” z 1940 roku dowiadujemy się, że „Wiek temu ziemia pomiędzy Missisipi a Pacyfikiem była wciąż tajemniczym dzikim pustkowiem – wilderness, jego olbrzymia pierwotna twierdza wciąż pozostawała niezbadana, jeśli nie liczyć wędrówek garstki twardych amerykańskich traperów. Kit Carson był pierwszym z nich”. Podobnie zaczyna się wiele westernów: „Dziki Zachód”, wielki pusty kraj, w którym nie stanęła jeszcze ludzka stopa, do której dopiero wkraczają romantyczni twardziele w rodzaju Kita Carsona, Davida Crocketta czy Daniela Boone’a, polujący na dzikie zwierzęta i Indian – alternatywnie żyjący z Indianami za pan brat i sami się do nich upodabniający, by dopiero potem na nich polować. (Przypominają się wielkie stopy Kolumba-Depardieu w filmie Ridleya Scotta, nakręconym z kolei w pięćsetlecie przybycie Kolumba do Ameryki, z uwzniośloną do granic wytrzymałości muzyką Vangelisa, w zwolnionym tempie stawiające pierwsze kroki na „nowej” ziemi). Zawsze mnie zdumiewało, że jednym tchem przedstawiano „Dziki Zachód” jako pustkowie, bezludne lasy czy góry i przechodzono do porządku dziennego nad tym, że żyli tam Indianie. Tajemnicze, niezbadane dziewicze puszcze i prerie w istocie były pokryte siecią szlaków, świętych miejsc i punktów orientacyjnych, wprawdzie nieznanych białemu człowiekowi, ale znanych innym ludziom – „pierwszym ludziom” (jak np. nazywają oficjalnie Indian w Kanadzie). Niektórzy Indianie również wypalali lasy i uprawiali pola – ale z westernów, jak np. „Ostatniej walki Apacza” Roberta Aldricha, uczymy się, że dopiero od białych musieli uczyć się uprawy kukurydzy.

img_1241

Dwójka Nawahów pracujących na stacji benzynowej w rezerwacie (lipiec 2004)

Kruszenie mitów

Amerykańscy historycy od paru dekad uparcie przepisują na nowo starą wersję historii Zachodu, dowodząc, że żadnej granicy między cywilizacją a dziką naturą nie było. Dzieje Ameryki to nie tylko historia ujarzmienia natury i opanowania kontynentu przez Anglosasów, ale to cała masa historii wielu grup etnicznych: ludów indiańskich, Europejczyków różnych nacji, Meksykanów, Afrykańczyków, Chińczyków. To także historia kobiet, organizatorek życia społecznego, i całych rodzin, a nie tylko twardych pionierów płci męskiej. To nie tylko historia walki, ale i najrozmaitszych powiązań między różnymi grupami etnicznymi, wspólnego handlu, współpracy w czasie wojny i pokoju… Indianie przekształcali środowisko, zmieniali style życia i walki. Ani nie trwali zastygli w szczęśliwym życiu dzieci natury, ani nie czyhali na każdym kroku na cnotę białych niewiast. Nowi historycy zauważają też wreszcie – i dobitnie – tragedię tubylczych ludów, wydziedziczanych z ziemi, dziesiątkowanych chorobami białego człowieka czy wojnami „spalonej ziemi” w rodzaju tych, które zmusiły do poddania się Komanczów i Nawahów w drugiej połowie XIX wieku, albo przepędzanych z miejsca na miejsce jak Delawarowie, Szejenowie, Czirokezi i wielu innych. Ale – z drugiej strony – najeźdźcami mogli równie dobrze być Indianie. Przykładem Siuksowie, którzy wyparli Paunisów z ziem ojczystych na Równinach Północnych, czy Komancze, słynni władcy Równin Południowych (nie „lordowie”, jak chce tłumacz książki Sidesa). Na historię Ameryki można patrzeć nie tylko ze wschodu na zachód, ale w przeciwnym kierunku, albo z północy na południe (czyli tak jak na Równiny Południowe przychodzili m.in. Apacze, Nawahowie czy Komancze) i z powrotem (np. Szejeni Północni, osadzeni w XIX wieku w rezerwacie w Oklahomie, którzy po dramatycznej ucieczce na północ otrzymali wreszcie rezerwat w Montanie, gdzie wcześniej żyli). Jedne plemiona zajmowały się zbieractwem i łowiectwem, inne kopieniactwem, inne jeszcze łupiestwem, a inne na przykład polowaniem na wieloryby albo wszystkim po trochu. Niektóre grupy broniły się przed białym człowiekiem, inne z nim współpracowały, broniąc się w ten sposób przed silniejszym wrogiem, czyli innymi Indianami.

Nowi historycy zdają się mówić: nie ma jednej wielkiej narracji podboju Dzikiego Zachodu. Ba! Dziki Zachód nigdy nie istniał. Jest wiele rozmaitych historii i każdą trzeba opowiedzieć z osobna, nie przykładając z góry żadnej sztancy. W tę logikę w jakiejś mierze wpisuje się opowieść Sidesa (choć niestety sam chętnie używa określenia „Dziki Zachód”). Nie ma w niej wzorowych bohaterów i „wzorowych” ofiar, co nie znaczy, że wszystkich obdziela jednakową ilością zasług i przywar. Będąc dobrym narratorem, znajduje w swych historiach ironię, jak w przywołanym wcześniej opisie kampanii przeciw Nawahom, polegającej na rozbijaniu melonów, garnków i strzelaniu do starych kobył. Albo wtedy, gdy opowiada o niezwykłym spotkaniu Nawahów z amerykańskimi żołnierzami jesienią 1846 roku, zakończonym – zamiast krwawej jatki, jak by przewidywał scenariusz westernu albo chciał wyznawca idei oczywistego przeznaczenia – wspólnym szalonym tańcem, ucztowaniem i wymianą ubrań. Albo wtedy, gdy opowiada o pogoni żołnierzy za wojownikami Jicarilla, którzy uprowadzili stado krów. Gdy żołnierze dopadli Indian, ich oczom ukazał się zdumiewający widok: drzewa obwieszone koszami z mlekiem, ponieważ Jicarilla zdążyli krowy wydoić.

Ucieka też od stereotypów w przedstawianiu innych nacji. Na przykład kiedy opisuje wprawę, z jaką Meksykanie, w bitwie pod San Pasqual, w czasie amerykańskiej agresji w grudniu 1846 roku na Kalifornię, kosili amerykańskich żołnierzy za pomocą długich lanc i lass. Ci sami Meksykanie, których tradycyjnie amerykańska kultura popularna przedstawia jako tchórzliwych słabeuszy (czy pamiętacie zapierającą dech w piersiach „Dziką bandę”, w której czterech bandytów gringos roznosi w pył niemal całą armię meksykańskiego watażki?). Sides przypomina też, że zakończona w 1848 roku zwycięska wojna z Meksykiem została okupiona śmiercią trzynastu tysięcy żołnierzy amerykańskich, czyli proporcjonalnie największą ofiarą w historii Stanów Zjednoczonych, biorąc pod uwagę wielkość armii.

img_1221

Departament do spraw młodzieży, rezerwat Nawahów, lipiec 2004

 

Szaleństwo

Armia Carsona, nasłana na kraj Nawahów, wykonała swoje zadanie, wziąwszy Indian głodem. Na początku 1864 roku niemal cały lud, około dziewięć tysięcy osób, zostało zebranych w jednym miejscu i przepędzonych z ojczyzny w Arizonie na wschód: do rezerwatu w Bosque Redondo. Kilkaset osób zmarło po drodze.

Na pomysł wyrwania Nawahów z ich ziemi ojczystej i uczynienia ich szczęśliwymi rolnikami, a do tego chrześcijanami zasymilowanymi z amerykańskim społeczeństwem, a jednocześnie od niego odseparowanymi (takie osobliwe z punktu widzenia logiki myślenie dominowało wówczas wśród pełnych dobrych chęci decydentów w USA) wpadł generał James Henry Carleton. Nie ustępował nawet wtedy, kiedy rezerwat nawiedzały kolejne katastrofy (susze i plagi, które ani razu nie pozwoliły Nawahom zebrać zasianych przez siebie plonów). Nawahowie, z dala od domu, pilnowani przez wojsko, zdani na marne racje żywnościowe wydawane przez białego człowieka, mrący na ospę, dyzenterię (woda z płynącej przez rezerwat rzeki Pecos nie nadawała się do picia) i syfilis, posyłający swe córki do żołnierzy za miskę kaszy kukurydzianej – taki był efekt szalonego eksperymentu Carletona. Wreszcie, po pięciu latach, pozwolono im wrócić, wykrawając na ich ojczystej ziemi w Arizonie największy rezerwat indiański w USA, w następnych latach kilkakrotnie powiększany. Dzisiaj, obok Czirokezów w Oklahomie, Nawahowie są największym ludem tubylczym w Stanach Zjednoczonych. Czasem wybierają się do Bosque Redondo, by wspomnieć tragiczny „długi marsz” przodków. Gdy odwiedziłem to miejsce dziesięć lat temu, od opiekunów muzeum, które dziś stoi na terenie dawnego rezerwatu, dowiedziałem się, że Nawahowie płaczą, gdy tu docierają.

fort-sumner_22-lipca_koszary

Fort Sumner

fort-sumner_22-07-2004_small

Ścianki wzniesione w miejscu wybudowanych w 1864 r. koszarów nieistniejącego już fortu Sumner. Tu mieszkali żołnierze pilnujący Nawahów w rezerwacvie Bosque Redondo (lipiec 2004)

Wróćmy jeszcze na chwilę do sierpnia 1863 roku, kiedy żołnierze Carsona brnęli po opustoszałym terytorium Nawahów, walcząc z duchami, nawahijskimi owcami i końmi oraz ich koszami do przenoszenia żywności. Według późniejszych raportów, jak przypomina Sides, niemal połowę oficerów biorących udział w kampanii postawiono przed sądem wojskowym albo zmuszono do odejścia z armii. W wyczerpującej kampanii żołnierze tracili rozum: upijali się na umór, uprawiali ze sobą seks, strzelali do siebie. A gdy już wywabiono Nawahów z ich ostatniej twierdzy w Chaco Canyon, Carson kazał żołnierzom ściąć ich sad brzoskwiniowy posadzony na dnie kanionu – co do jednego drzewka – ich dumę i ważne źródło pożywienia. Jakże to niepasujące do mitu „oczywistego objawienia”, wedle którego młody prężny naród amerykański miał torować drogę „cywilizacji” w dziewiczych pustkowiach.

Krew i burza nie jest nowatorska, jeśli chodzi o interpretację wydarzeń. Sides nie próbuje stawać w szranki z najlepszymi historykami Amerykańskiego Zachodu, jak Richard White, Robert Utley czy Thomas Dunlay, autor świetnej biografii Kita Carsona (2000), polskiemu czytelnikowi znany z rewolucyjnej pracy o zwiadowcach indiańskich w armi USA (Wilki niebieskich żołnierzy, TIPI, 2014). Sides zrobił co innego i za to należy mu się uznanie: opowieści o ludziach gór, Indianach i żołnierzach „przetłumaczył” na język przystępny każdemu czytelnikowi, dzięki czemu – jestem przekonany! – po tę lekturę sięgną nawet ci, którzy wcześniej nie interesowali się „Dzikim Zachodem”. To bardzo solidny „reportaż z przeszłości”.

 

Hampton Sides, Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu, tłum. Tomasz Ulanowski, wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

Skrócona wersja artykułu ukazała się w „Tygodniku Powszechnym” nr 41/2016 pt. „Pierwsi ludzie idą do rezerwatu”.

Advertisements

Otagowane:, , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: