Oto jest wyspa

 

BARTOSZ HLEBOWICZ

Syria i okolice – tryptyk literacki (3)

wielki przyplyw_okladka

Po co pisać o miejscu, kiedy nic się nie dzieje? Bo tak naprawdę dzieje się cały czas. Może ostatnia fala uchodźców nadeszła miesiąc temu, a następna pojawi się za pół roku (ale kto wie, może i następnego dnia?). Jednak efekty tej rozpaczliwej migracji nie znikają po przejściu tej czy innej fali. Jednym ze skutków jest milczenie mieszkańców wyspy.

Lampedusa. Senne miasteczko, oczy rzadko napotykają tu inną istotę ludzką. Snujący się po nim wędrowiec chce je poznać, ale nie w czasie burzy i gwałtów, lecz wtedy, gdy nic się nie dzieje. Wtedy, gdy jest „normalnie”, czyli gdy spalonymi słońcem ulicami snują się, jak on, watahy wielkich bezdomnych psów – cienie porzucanych masowo milusińskich, których jedynym marzeniem jest polizać ludzką rękę. Albo gdy może spokojnie (czyli przez bite 30 minut) porozmawiać z panią prowadzącą szpital dla żółwi, które wyplątuje się z sieci rybackich i usuwa z ich brzuchów plastikowe butelki wyrzucane do morza przez ludzi – ten najokrutniejszy z gatunków zwierzęcych. Głupie stworzenia biorą je za jedzenie.

Morze jak z widokówek, z wyjątkiem trucheł łodzi i kutrów na brzegu (w Lampedusie niczego się nie wyrzuca i nie niszczy – niczego, poza „jednostkami pływającymi” uchodźców). Brzydkie niskie domy, ubogie targowisko. Niemal ani jednego drzewa. Żadnych imigrantów czy uchodźców. Kamienna pustka.

Po co pisać o miejscu, kiedy nic się nie dzieje? Bo tak naprawdę dzieje się cały czas. Może ostatnia fala uchodźców nadeszła miesiąc temu, a następna pojawi się za pół roku (ale kto wie, może i następnego dnia?). Jednak efekty tej rozpaczliwej migracji nie znikają po przejściu tej czy innej fali. Jednym ze skutków jest milczenie mieszkańców wyspy. Pozornie życie trwa jak zwykle: połowy ryb, turyści, targ. O uchodźcach się nie mówi, bo to temat wstydliwy i męczący. Tak jakby Lampedusa, „przedmieście Bejrutu” (bliżej z niej do Afryki niż do Włoch), do przeżycia potrzebowała zapomnienia.

Wszystko, co dawne, musi zostać zapomniane, przysłonięte tym, co my mamy do powiedzenia (…) Odnoszę wrażenie, że celowo wyżywają się na przeszłości

– mówi o współczesnych Lampedusańczykach lokalny historyk, komentując ich brak świadomości, że korzenie wyspy sięgają czasów starożytnych. W XIX – XX w. znikły zabytki materialne i ulotniła się pamięć ludzka.

Dopiero reporter dociera do tych, którzy nie chcą zapominać, i do miejsc, które zapominać nie pozwalają, jak cmentarz. Obok miejscowych zaczęto na nim chować tych, którym ucieczka przez Morze Śródziemne się nie powiodła. Autor odczytuje napisy na betonowych słupkach przed grobami, np. o akcji ratunkowej:

TU SPOCZYWAJĄ

Mężczyzna około 20 lat

Mężczyzna w wieku od 20 do 25 lat

Mężczyzna w wieku od 25 do 30 lat

Wszyscy pochodzenia prawdopodobnie sub saharyjskiego

Autor pozwala mówić innym: pani od żółwi, miejscowemu proboszczowi, lekarzowi, który od 1991 roku jako pierwszy bada WSZYSTKICH nowo przybywających uchodźców (prawo wymaga, żeby to robił, zanim jeszcze zejdą na brzeg ze swych pontonów czy łodzi), byłemu burmistrzowi – historykowi i artyście zarazem, bardowi-wiecznemu rewolucjoniście. Giacomo, bard-rewolucjonista, tworzy z przyjaciółmi wystawę w jaskini z zebranych z łodzi imigrantów przedmiotów, ratując je przed zniszczeniem. Rozwieszone ładowarki, kasety magnetofonowe, sztućce, buty, butelki po wodzie z arabskimi napisami, piłka dziecięca z rysunkiem chińskiego króliczka, edycje Koranu, inne książki – to wszystko ma służyć odpamiętaniu. To duchy zmarłych każą mu o nich opowiadać, wyjaśnia Giacomo.

Rozumiem, że rzeczy nie rodzą się po nic, nie przychodzą znikąd. Jest w nich zawsze jakaś historia, rodowód, węzeł. A ludzie żyją tak, jak gdyby wczoraj nie istniało.

Niezwykłe są słowa duchownego, którego wysłuchuje autor, tłumaczącego, że uchodźcy są dla mieszkańców wyspy i wszystkich Europejczyków szansą i ogromnym szczęściem – żebyśmy sami na sobie sprawdzili, czy mamy w sobie łaskę, którą oni w nas dostrzegają. I żebyśmy zrozumieli, że nasze codzienne problemy, nadmiar pracy, brak pieniędzy, brak uznania ze strony innych są niczym w porównaniu z ich tragedią. I żebyśmy mogli sprostać ich wyobrażeniu o nas, Europejczykach.

Ze spotkań autora tworzy się kunsztowna mozaika postaw, myśli i działań ludzi dobrej woli, którzy zwyczajnie robią to, co powinni. Pomagają bliźnim i nie pozwalają o nich zapomnieć. Mikołajewski uważnie wsłuchuje się w to, co mają do powiedzenia. Nie wpycha się na każdą stronę ze swoim ja. Usunięcie się w cień to znak firmowy poety-reportera, dowód szacunku dla rozmówców i czytelników. Antypody cejrowszczyzny.

Koszmar, ucieczka, przystań. Afryka, Morze Śródziemne, Lampedusa/Europa. „Tryptyk syryjski” domyka się relacją z melancholijnej opowieści o teraźniejszości, która zapomina o przeszłości, o miejscu pogrążonym w marazmie i kilku herosach z nim walczących. Tę na pozór skromną, 130-stronicową książkę, w rzeczywistości bardzo gęstą, kończy sen-wiersz autora, w którym chłopak, który przypłynął z Egiptu i myje pokłady, pyta, czym zajmują się autor i jego koledzy, a gdy otrzymuje odpowiedź, wyznaje, że nie wie, co to znaczy pisać wiersze. „Tak jak my nie wiemy/ co to znaczy myć pokłady będąc chłopcem z Egiptu”. Wielki przypływ to próba zrozumienia innych i przyznanie, że z powodu diametralnie różnych doświadczeń takie zrozumienie nie może być pełne.

Jarosław Mikołajewski, Wielki przypływ, wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

 

Advertisements

Otagowane:, , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: