Italii czar albo słowotok solidarności

Szalupa-768x576

rys. Krysia Kierebinski

 

Pozwólcie, abym przekazał panu Havelce ten piękny odruch naszej solidarności i uczucia, że jesteśmy w jego nieszczęściu razem z nim.

(z filmu „Pali się, moja panno!” Miloša Formana)

 

Kilka dni temu pan Andrzej spotkał się z premierem Włoch. Matteo Renzi grzecznie podkreślił, że między dwoma krajami „istnieją sprawy, co do których się nie zgadzamy”, pan Andrzej zaś, jak donosi włoska prasa, oświadczył, że w kwestii migrantów „mają z Renzim wspólną opinię”. Dla porządku przypomnę więc, jakie słowa pod adresem państw wschodniej Europy wygłosił premier Włoch 26 lutego (na spotkaniu z innymi przywódcami Unii Europejskiej): „Albo przyjmiecie migrantów, albo zablokujemy wam fundusze. Teraz zaczynamy projektować budżet UE na 2020 rok. Albo jesteście solidarni zarówno w dawaniu, jak i braniu, albo i my przestaniemy być solidarni. Wtedy zobaczymy”.

Ale to chyba nie te słowa premiera Włoch pan Andrzej miał na myśli, bo zaraz potem dodał: „Zgodziliśmy się z panem premierem co do tego, że jeśli chodzi o rozwiązywanie kryzysu migracyjnego powinien on być rozwiązywany tam, gdzie są jego źródła, to znaczy tam, gdzie dzisiaj jest trudna sytuacja, sytuacja wojenna, skąd ludzie uciekają, opuszczają swoje domy, bojąc się o swoje życie, o swoją przyszłość i o swoje dzieci, a efektem tego jest presja migracyjna”.

Co to oznacza? Absolutnie nic. Innymi słowy: nie zamierzamy w żaden sposób pomóc uchodźcom ani tym państwom europejskim, które już im pomagają. Chyba że pan Andrzej ma tajny plan wysłania kogoś „do źródeł”, na przykład do Aleppo, żeby wspomógł… ruiny. Tylko kogo wyśle? Żołnierzy? Sanitariuszy? Drogowców? Krystynę Pawłowicz?

Na co cała ta retoryka o opuszczanych domach i ludziach bojących się o swoje życie i przyszłość? Żeby pokazać, że wprawdzie nie zamierzamy nic zrobić, ale jako dobrzy chrześcijanie martwimy się o nich? Kto wie – może słowa pana Andrzeja zainspirują dostojnych dostojników „kościoła polskiego” do ponownego apelu o narodową modlitwę za uchodźców?

Na szczęście nie wszyscy nasi politycy są jak pan Andrzej. Kiedy pan Andrzej mówi Europie „nie”, pan Antoni, który podążył w jego ślady i trzy dni później sam odwiedził słoneczną Italię, stwierdził coś zupełnie przeciwnego: OTÓŻ MY JUŻ POMAGAMY UCHODŹCOM. Zdumionemu dziennikarzowi „Corriere della Sera”, który ośmielił się zapytać, dlaczego Polska nie okazuje innym krajom europejskim solidarności w przyjmowaniu uchodźców, odparł:

My demonstrujemy naszą solidarność, wysyłając samoloty F16 do patrolowania Morza Śródziemnego, a także utrzymując okręt na Morzu Egejskim do kontrolowania nielegalnego napływu i zmniejszania nacisku na południową granicę [Europy]. To ważny wkład. Jeśli chodzi o migrantów, to przypomnę, że w Polsce jest już milion uchodźców z Ukrainy, uciekinierów przed wojną i my wcale nie żądamy, żeby przenieść ich do Włoch…

Wspaniałomyślność pana Antoniego (mógłby przecież ten przysłowiowy milion Ukraińców przegonić do Włoch, a jednak tego nie robi) rzuca na kolana – tak samo jak zapewnienia jego kolegów z rządu, że w Polsce jest demokracja, bo przecież nikt jeszcze nie strzela do demonstrantów. Albo jak zapewnienia samego pana Antoniego dla tegoż włoskiego dziennika, że „nikt nie strzela do robotników, tak jak to było w przeszłości: w latach 1990. i w pierwszej dekadzie XXI wieku”. Tu historia, kondensując się, spłatała figla panu Antoniemu. Tak jak i jego koledze Zbasławowi, który całkiem niedawno stawiał się tam, gdzie ZOMO, choć przecież wtedy, gdy ZOMO biło i strzelało, jego chyba w ogóle nie było…

Wróćmy jednak do zasadniczego problemu, czyli solidarności, jaką Polska okazuje uchodźcom. Od pana Antoniego wiemy więc, że robi to przy pomocy samolotów i okrętów. Może w pierwszej chwili nie jest zupełnie jasne, na czym ta samolotowo-okrętowa solidarność polega. W końcu po to są „skróty myślowe”, żeby zamieniać białe w czarne, czarne w białe, a oczywiste w nieoczywiste. Ale właśnie po to tu jesteśmy, żeby te skróty cierpliwie odszyfrowywać.

Myślę, że kluczem jest słowo „fregata”, które pada w wywiadzie dla włoskiego dziennika. Fregata po włosku oznacza „okręt”. Sęk w tym, że okręt, który rzekomo patroluje Morze Egejskie w celu pomogania uchodźcom, stoi w porcie w Bałtyku i ani myśli z niego wypływać, a już na pewno nie na Morze Egejskie. Otóż „fregata” ma w języku włoskim drugie znaczenie: „oszustwo, kant”, zaś czasownik „fregare” oznacza „lekceważyć albo oszukiwać”. Najpewniej pan Antoni po prostu zrobił sobie jaja: my nie chcemy pomagać uchodźcom, tylko zrobić ich w konia, tak jak wszystkich innych. Widocznie tak to z polskimi politykami już jest, że jak tylko przybywają do Włoch, to się w nich zadurzają i mówią, mowią, mówią… jeden skrót myślowy za drugim, za nim trzeci, a każdy kolejny jeszcze bardziej bez sensu. Albo żartują.

Tymczasem pani Beata ogłosiła właśnie w polskim sejmie nową strategię dla kraju, oświadczając, że naszym głównym celem jest „działalność na rzecz suwerenności Polski”. I to są bardzo słuszne słowa, bo przecież ta nasza Polska nie tylko zrujnowana, ale i kondominna jest. Nie rozumiem tylko, dlaczego zaraz potem pani Beata zaprzeczyła sama sobie i dodała: „Polska jest państwem suwerennym”. Czyżby ostatnio pani premier też odwiedziła Italię?

Bartosz Hlebowicz 20-05-2016

Patrz też Melania Mazzucco: To ty jesteś moją przyszłością
Advertisements

One thought on “Italii czar albo słowotok solidarności

  1. Cezary Maj 22, 2016 o 11:18 am Reply

    Jak znowu pojawi się Antoni nad Tybrem, to trzeba zrobić manifestację KOD-u.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: