WĘŻOWNICY Z SAND MOUNTAIN. Miłosna podróż Dennisa Covingtona

 

DC

Pewnej nocy we wschodnim Tennessee jeden z tych kaznodziejów, co to biorą węże do rąk, podszedł do nas i zapytał:

– Chłopaki, czy macie jakieś węże w tym samochodzie?

Powiedzieliśmy mu, że nie.

– Co? Chcecie mi powiedzieć, że nie macie tu ani jednego grzechotnika?

– Nie mamy, proszę pana.

Wybałuszył na nas oczy i krzyknął:

– Dzieciaki, co z wami? Powariowaliście?

 

W zapoznanych zakątkach Appalachów, na Południu Stanów Zjednoczonych, członkowie małych kongregacji radykalnych zielonoświątkowców podczas nabożeństw biorą do ręki węże, piją strychninę, wkładają ręce do ognia i śpiewają hymny ku chwale Pana. To wężownicy – snake handlers, potomkowie Szkoto-Irlandczyków, którzy dla poprawienia bytu w połowie XVIII wieku wyemigrowali z Wysp Brytyjskich do Ameryki.

W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. (Mk 16, 17-18).

Ponoć pierwszym kaznodzieją, który wziął jadowitego węża do ręki był George Hansley w Tennessee. Zrobił to w 1910 roku. Odtąd niewielkie grupki w Alabamie, Tennessee czy Wirginii Zachodniej przekazują sobie tę tradycję z pokolenia na pokolenie: dzieci „poskramiają” węże, tak jak robili to ich rodzice i ich dziadkowie, nie bacząc na to, że dla wielu przodków przygoda z grzechotnikami i mokasynami miedziogłowcami skończyła się śmiertelnie. Dzieje się to podczas transowych nabożeństw ze śpiewem, grą na gitarze, cymbałach czy pianinie, pełnymi uniesienia kazaniami pastora i „świadectwami” wiernych. Jadowite węże bierze się też do ręki na pogrzebach – często osoba, którą ukąsił wąż, umierając prosi współwyznawców, by nad jej grobem wzięli węże do rąk. Dlaczego to robią? Zdaniem badaczy, tylko w ten sposób – z punktu widzenia wężowników – możliwe jest zbawienie, gwarantowane literalnym wypełnianiem boskich nakazów. Jeden z bohaterów reportażu Covingtona, pastor z Georgii, twierdzi wręcz, że ci, którzy nie biorą węży do rąk, idą do piekła. Dlatego śmierć przestaje być groźna – jeśli zostaje się ukąszonym przez węża podczas nabożeństwa, może to świadczyć o wypełnieniu się woli Boga. – Cóż, chwalmy Pana, bo mój tata miał dobrą śmierć! Wolałbym przejść na drugą stronę po ukąszeniu węża niż z kulą w sercu za to, że uganiałem się za żoną innego! – mówi wspomniany pastor z Georgii, którego ojciec, też kaznodzieja, zmarł od ukąszenia węża.

Punktem wyjścia opowieści o ich współczesnych potomkach jest rozprawa kaznodziei „od wężów”, który brutalnie pobił i usiłował zamordować swoją żonę. Autor, Dennis Covington, relacjonował proces dla prasy. Na szczęście dla nas, czytelników, nie poprzestał na opisaniu sensacyjnego przypadku i werdyktu (pastor-bandyta do dziś siedzi w więzieniu i pewnie nigdy z niego nie wyjdzie), lecz zbliżył się na parę lat do wspólnoty wężowników w Sand Mountain, w Alabamie, dzięki czemu powstał pasjonujący reportaż o tej niezwykłej społeczności. W tym czasie Dennis Covington z reportera goniącego za ciekawym tematem do działu krajowego „New York Timesa” stał się „bratem Dennisem”, dającym świadectwo w kościołach wężowników, poszukującym swej tożsamości i duchowych korzeni, a na koniec człowiekiem, który spełnienie znalazł w akcie sprzeciwu.

Byli chudzi i spracowani – typowi mieszkańcy Appalachów (s. 14); Mężczyźni mieli ponure miny i włosy zaczesane w „kaczy kuper”. Czułem się nieswojo, bo to, co w innym kontekście społecznym mogło być zwykłym przejawem stylu, tutaj świadczyło o nieufności i podejrzliwości. Spojrzenia rzucane na dziennikarzy spod ciężkich, na wpół zamkniętych powiek były posępne i tkwiła w nich jakaś groźba. Zauważyłem jednak, że wyraz twarzy tych ludzi nie ulegał zmianie, nawet gdy rozmawiali z kimś, kto wyglądał na ich krewnego lub przyjaciela (s. 38).

Wspólnota wężowników – na pierwszy rzut oka zbiorowość ponurych, niewyedukowanych dziwaków z wiejskich okolic pogórza Appalachów, którzy uparli się dosłownie odczytywać kilka fraz z Biblii, pod piórem Covingtona staje się społecznością kierującą się wspólnymi wartościami, dzielącą doświadczenie cierpienia i wykluczenia z głównego nurtu społeczeństwa, silnie osadzoną w krajobrazie kulturowym i duchowym Południa Stanów Zjednoczonych (aczkolwiek gdy mowa o cierpieniu i wykluczeniu, warto pamiętać o Indianach, dla których była to ziemia rodzinna i którzy sto lat po przybyciu Szkoto-Irlandczyków zostali z niej przegnani w ramach polityki „usuwania Indian”, zapoczątkowanej przez prezydenta Andrew Jacksona, Szkoto-Irlandczyka…). Chwilowe, ale autentyczne, utożsamienie się autora z tą grupą (podczas jednego z nabożeństw wziął nawet węże do ręki) uwiarygadnia jego opowieść, bo oto mamy do czynienia nie z „obiektywną” relacją potwierdzającą z góry przyjętą tezę (która mogłaby na przykład brzmieć tak: „Opowiem wam o fanatycznych wariatach z zapadniętych dziur Południa”), lecz z zaangażowanym opisem-wyznaniem człowieka, którego metodologią jest uczestniczenie, a nie chłodna obserwacja i który na samym sobie potwierdził siłę i czar zboru „ludzi od węży”. Fascynacja transcendencją łączy się z fascynacją pięknem innych ludzi. W ujęciu Covingtona mamy do czynienia już nie z dziwacznym zjawiskiem, lecz z autentycznym doświadczaniem sacrum. Opis nabożeństwa (czy seansu, bo tak lepiej chyba nazwać nabożeństwa ludzi od węży), w którym wraz z piękną Aline, żoną pastora, autor daje się porwać Duchowi Świętemu, pełen jest erotycznego wręcz uniesienia: Wszystko zamarło prócz jej drżącego głosu. Nagle z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że wciąż dźwięczy mój tamburyn, wciąż uderzam nim w swoje udo, a instrument wibruje, niemal oderwany ode mnie. Raz dźwięczał głośniej i szybciej, aż prawie przeradzał się w pieśń, raz miękko i wolniej, by w końcu przypominać syczenie grzechotnika w skrzynce na węże. Uprzedzał każdą zmianę głosu Aline, i odwrotnie. To zestrojenie było czymś niepokojącym: jej głos i tamburyn, doskonale ze sobą zgrane i podążające w tym samym kierunku.

Zauroczenie wężownikami stopniowo jednak gaśnie, a autor pokazuje reporterski pazur, bez którego jego relacja pozostałaby może nazbyt egzaltowaną relacją z łapczywej próby odnalezienia samego siebie. Covington zaczyna zauważać rywalizację i wzajemną niechęć wśród członków różnych kongregacji wężowników, wykluczanie z grupy, a w finale – obłudę i uprzedzenia jednego z kaznodziei, którzy go wprowadzili do wspólnoty. Wtedy dopiero w pełni pojmuje, że jednak nie jest jednym z nich, nie jest „bratem Dennisem. Mimo to – i dzięki temu jest przekonywający – nie przestaje mówić z szacunkiem i miłością o przyjaciołach, których poznał podczas swej duchowej podróży z wężownikami.

Dzięki spotkaniom z wężownikami autor odkrył, że jego prapraprapradziadek, weteran armii konfederackiej, był pastorem-metodystą w tych samych okolicach, w których powstawały kościoły wężowników. Covington dotarł także do not prasowych z 1953 roku o Covingtonach z Alabamy (niekoniecznie jednak spokrewnionych z jego rodziną), skazanych za zakłócanie miru publicznego poprzez wnoszenie wężów na nabożeństwo. W narracji pojawiają się była i obecna żona autora, jego córki, przyjaciele-fotograficy, którzy towarzyszą mu w kolejnych podróżach do wężowników. Wśród obrazków z dzieciństwa (np. łapania węży) jest jedno – na sam koniec – o ojcu, który przywołuje go do domu na kolację. Tak jakby przygoda z wężownikami pomogła mu wrócić do własnych początków i najdroższych wspomnień.

Strategia osobistej, zaangażowanej narracji sprawia, że tak naprawdę ta historia staje się opowieścią o samym autorze, co najmniej w tym samym stopniu co o wężownikach. To właśnie wydaje się najciekawsze: połączenie fenomenu kulturowo-społeczno-religijnego z osobistą historią autora. Zbawienie… to tak naprawdę historia miłosnego zauroczenia autora wężownikami, ich osobnością, ich kroczeniem pod prąd głównej kultury, powojennej industrializacji, postępu, etc., ludźmi żyjącymi może jeszcze w traumie przegranej wojny domowej, zachowującymi jeszcze elementy gwary, której Amerykanie w innych regionach albo w większych miastach nie rozumieją. Historia miłosnego zauroczenia, burzliwego związku i na koniec przebudzenia, powiedziałbym, a także, w pewnym sensie, zdrady (przynajmniej z punktu widzenia niektórych wężowników). „Zbawienie” i „odkupienie”, które są w angielskim tytule  książki i które są celem religijnej działalności wężowników, stają się udziałem samego autora, ale na innej zasadzie niż członków wspólnoty. Dla niego zbawieniem okazuje się oderwanie od nich, zamknięcie rozdziału, odnalezienie własnej, jednostkowej tożsamości, a nie współuczestnictwo.

Siłą książki Covingtona jest też konkret, dzięki któremu reportaż nie zamienia się w jałowe rozważania o tym, czy dobrze jest brać węże do rąk (cóż łatwiejszego niż wzruszyć ramionami albo potępić!), ani w polityczny protest przeciw marginalizowaniu grup społecznych (autor przyznaje w Posłowiu, że wyciął z maszynopisu długi rozdział opisujący wizytę wężowników w telewizji i jego własną tyradę przeciw lekceważącemu ich traktowaniu przez prowadzącego program). Konkretem są ponure krajobrazy: na przykład pogranicze zachodniej Wirginii i południowej Wirginii Zachodniej, czyli „zagłębia” wężowników, „przypominające kawał zgniecionej blachy”, gdzie skały zasłaniają mieszkańcom światło niemal przez cały dzień. Albo przydrożne tablice reklamujące wyścigi równoległe, „strzelanie do indyków” (czyli konkurs strzelania do celu, w którym nagrodą jest mrożony indyk) i whisky Jacka Daniel’sa – lokalne przyjemności Południa. Albo pastor wygłaszający mowy przed własną przyczepą kempingową do kierowców przejeżdżających samochodów. Albo inny, przytaczający wiernym typową opowieść autobiograficzną o niedobrym dzieciństwie, stoczeniu się i cudownym przebudzeniu za sprawą Jezusa.

To jedna z najbardziej fascynujących książek, jakie miałem szczęście tłumaczyć. W trakcie pracy wymieniłem wiele uwag z autorem, który pomógł mi zrozumieć zwyczaje hillbillies z Appalachów. Jak zawsze, mogłem liczyć na ciekawe rozmowy z Ann Cleary, moją przyjaciółką  z Oklahomy, emerytowaną nauczycielką literatury amerykańskiej, której przodkowie również pochodzili z Appalachów. Razem, ponad oceanem, przeczytaliśmy tę książkę strona po stronie, a przy okazji Ann z radością częstowała mnie próbkami swoistego języka ludzi Południa, o którym pisał i Covington. „Musisz wiedzieć, że angielski dla mnie to drugi język: wszyscy, z którymi wyrastałam, pochodzili z Appalachów. Jestem dumną prostaczką (hillbilly). Ale jest tak dzięki wzgórzom (hills), dolinom (hollers), skalnym urwiskom i źródlanym potokom, a nie dzięki ludziom. Szanuję ich hardość, w niektórych sprawach, w innych na pewno nie. To tyle”. Przy okazji pracy nad „wężownikami” Ann przypominała najwcześniejsze obrazki z dzieciństwa, np. zarzynanie prosiąt, które obserwowała przez szybę, stając na wysokim krześle; dziadka ze strony ojca, który był prawnikiem, rolnikiem, mierniczym, fotografem, właścicielem gazety, a także założycielem pierwszej szkoły w górach Ozark, po tym, jak rodzina przeniosła się z Appalachów bardziej na zachód. „I swan, these tales of when I was a little tyke must be as helpful to you as tits on a boar hog” – któregoś razu podsumowała w swoim „ojczystym języku”. Nie miała racji, i dobrze o tym wie.

Bartosz HLEBOWICZ

p.s. Z zupełnie niezrozumiałych powodów polski wydawca zdecydował się nie opublikować ani jednego z kilkunastu zdjęć wężowników, które zamieszczono w wydaniu oryginalnym. Ich autorami była dwójka fotografów, która wraz z autorem brała udział w jego wyprawach i o których pracy on sam często opowiada.

Dennis Covington, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w Południowych Appalachach, wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

Advertisements

Otagowane:, , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: